środa, 28 stycznia 2015

ROZDZIAŁ 1 NOWY POCZĄTEK

[NICO]


Kolejny raz nawaliłem. Zawsze nawalam. Zawsze coś zepsuje. To się dzieje samo. Ciąży nade mną jakaś klątwa. Czego bym się nie dotknął, to się wali. Mam już tego dosyć. Ile można znieść. Gdzie nie pójdę to się ze mnie nabijają. Wytykają palcami. Wyśmiewają. Dokuczają. Ja już nie mam siły. Jestem sam. Sam jak palec. Nie mam nikogo. Niema tu nic na czym by mi zależało. Chciałbym zniknąć z tego świata. No bo sami pomyślcie ile można znieść. W przeciągu trzech lat wyrzucili mnie już z siódmej szkoły. Właśnie w tej chwili dyrektor wywalił mnie. Dostałem papiery. Nie chcą mnie tu widzieć. Nigdzie niema miejsca dla mnie.
Tak kiedyś tak myślałem. Ale właśnie gdy znów było źle, stało się coś czego nigdy bym się nie spodziewał. Ale zanim do tego dojdę muszę dodać, że gdy wróciłem ze szkoły do ośrodka wychowawczego. Tak jestem sierotą. Śmiejcie się. Bo to takie zabawne wyzywać słabszych. "Patrzcie to ten którego rodzice opuścili!" "Sierota! Co on sobie myśli?!" Albo najgorsze "I co poskarżysz się mamusi i tatusiowi? Ups ... Jesteś sierotą! Nie masz rodziców! Nikt cie nie chce, nikt cię nie kocha łamago!" Takie wyzwiska, a czasem nawet gorsze słyszę każdego dnia w szkole. Nie ważne w jakiej szkole jestem. W Sierocińcu wcale nie jest lepiej. Wyzywają mnie od debili, wariatów, mówią że jestem upośledzony, że mam nierówno pod sufitem. I wiecie co? Było wiele takich momentów w których myślałem że mają rację. Więc gdy wszedłem do ośrodka Banda Dużego w którą w skład wchodzi Duży Ben, Henry, Olivier i Rey znów się do mnie przyczepili. Zaczęli wyzywać, krzyczeć i szarpać mnie za bluzkę i plecak. Duży z mojego plecaka wyciągnął świstek od dyrektora gdy go przeczytał zaśmiał się szyderczo i krzyknął z wielkim rozbawieniem.
-Tego idiotę znowu wywalili ze szkoły!
-Debil!
-Ciamajda!
-Koleś jesteś nienormalny!
-Do psychiatryka cię oddać to za mało!
Rozległy się krzyki po całym korytarzu od różnych dzieciaków. Wyrzucili całą zawartość mojego plecaka, pokopali mnie i odeszli. Banda Dużego, uwierzcie mi nigdy nie chcielibyście ich spotkać. Znęcają się nad każdym. Nawet nad starszymi od siebie. Pozbierałem szybko wszystko z podłogi i  pobiegłem na drugie piętro do swojego pokoju. Rzuciłem wszystko na podłogę. Podbiegłem do szafy wyciągnąłem wszystkie moje ciuchy a było ich naprawdę mało. Dwie bluzki z długim rękawem, trzy z krótkim, trzy na ramiączka, dwa swetry, dwie bluzy z kapturem jedna wciągana przez głowę, druga zapinana na zamek, jedna bluza bez kaptura na zamek, dwie pary długich spodni, trzy pary krótkich spodenek, dwie pary dresów, bielizna, tenisówki i klapki. Oprócz tego miałem jeszcze jedną parę długich spodni, koszulkę z krótkim rękawem i stare adidasy, które miałem na sobie. Z szuflady wyciągnąłem portfel w którym miałem trochę oszczędności. Spakowałem wszystko do mojej jedynej dużej torby na ramię, zarzuciłem ją sobie przez głowę i wybiegłem z budynku. Biegłem w stronę dworca. O ile dobrze kojarzę za chwilę miał odjeżdżać pociąg. Gdy wbiegłem na peron pociąg właśnie ruszał. Zacząłem biec za nim i w ostatniej sekundzie wskoczyłem do niego. Wszedłem do przedziału i usiadłem po chwili podszedł do mnie konduktor.
-Co tu robisz chłopcze?
-Jadę do cioci. Mogę kupić u pana bilet? - Koleś chyba uwierzył, że do cioci jadę bo się nie odezwał, dał mi bilet a ja mu zapłaciłem.
Wysiadłem siedem stacji dalej. Ruszyłem w stronę jak mi się wydawało miasta. Nie wiedziałem gdzie jestem. Usiadłem w parku na ławce, koło fontanny. Podkuliłem nogi pod brodę i zacząłem płakać. Już po prostu dłużej tego znieść nie mogłem. Po jakimś czasie podszedł do mnie chłopak. Blondyn o brązowych oczach, wysoki, wysportowany, umięśniony, wygląda na siedemnaście lat.
-Czemu płaczesz? - Spytał.
Miał bardzo przyjazną barwę głosu. Patrzył na mnie, przez dłuższą chwilę się nie odezwałem, a on cierpliwie czekał.
-Bo ja już tak nie mogę. - Powiedziałem patrząc na niego a po moich policzkach znowu popłynęły łzy.
-Czego nie możesz?
-Tak żyć. To mnie dobija. Wszyscy wokół mnie nienawidzą, ubliżają. Śmieją się ze mnie codziennie. Mówią że jestem dziwny i nienormalny. Że zwariowałem i powinno się mnie zamknąć w psychiatryku. - Powiedziałem i znów wybuchnąłem płaczem.
-Hej dzieciaku. Nie martw się wszystko będzie dobrze.
-Nic nie będzie dobrze! To nie ciebie rodzice porzucili po narodzinach! To nie ty mieszkasz w sierocińcu gdzie codziennie starsi się na tobie wyżywają! To nie ty wciągu trzech lat zostałeś wyrzucony z siedmiu szkół! To nie tym masz ADHD! - Krzyknąłem mu w twarz i zeskoczyłem z ławki odbiegając od niego.
Zatrzymałem się parę metrów dalej patrząc na zakapturzoną postać jakieś trzy metry ode mnie. Zacząłem powoli cofać się do tyłu. Blondyn mnie dogonił, stanął obok mnie i spytał.
-Ty to widzisz? - Pokiwałem niepewnie głową by po chwili zacząć krzyczeć i uciekać w drugą stronę.
Usłyszałem dziwny skrzek połączony z sykiem. Odwróciłem się i zobaczyłem jak spod kaptura błyszczą białe ślepia i widziałem dziób jak u ptaka. Po chwili w ręce chłopaka nagle pojawił się miecz i zaczął walczyć z tym czymś co też skądś wytrzasnęło miecz, a tamta zakapturzona postać uskakiwała na bok, broniła się przed ostrzem chłopaka i również atakowała, ale w końcu chłopak dźgnął stwora w samo serce a ten zamienił się w pył, który utworzył na trawniku kupkę szarego prochu. Chłopak odwrócił się do mnie i zaczął zbliżać.
-Zjawił się on. Zjawią się i inni. Chodź. - Złapał mnie za ramię i pociągnął w lewo. Szedłem obok niego ramię w ramię. - Jestem Ricky Delgado.
-Dominic Sully.
-Miło mi cię poznać Dominic.
-Mów mi Nico.
-Dobrze Nico. Ile masz lat?
-Prawie dziesięć. A ty?
-Siedemnaście. - Powiedział z uśmiechem. Miałem rację.
-Dokąd idziemy?
-W bezpieczne miejsce.
Po dwóch godzinach drogi zacząłem marudzić że jestem zmęczony. Chłopak wziął mnie na ręce i powiedział żebym spróbował się przespać, gdyż zatrzymanie się teraz nie byłoby najmądrzejszą decyzją. Nie rozmyślając co chłopak miał na myśli zmrużyłem oczy i już po chwili zmorzył mnie sen.
Obudziłem się dobrych parę godzin później szliśmy lasem, a raczej powinienem powiedzieć że Ricky szedł niosąc mnie na rękach, słońce świeciło nisko na horyzoncie a jego lekkie promienie przebijały się przez gęstwinę drzew.
-O obudziłeś się wreszcie. - Powiedział i postawił na ziemi i teraz szedłem obok niego.
-Gdzie idziemy?
-W bezpieczne miejsce.
-Już to słyszałem. Konkretniej.
-Do Osady.
-Jakiej Osady?
-Herosów.
-Kogo?! - Chłopak zaśmiał się lekko z mojej reakcji.
-Herosów.
-Herosów?
-Tak Herosów.
-Co to znaczy?
-Otóż widzisz młody. Ja jestem Herosem. Ty również. Jest nas wielu. Na całym świecie istnieją takie cztery Osady. Alfa, Beta, Gamma, Delta. Mieszkać w tych osadach mogą tylko dzieciaki półkrwi.
Czyli dzieci których jednym rodzicem jest któryś z Bogów, a drugim Śmiertelnik. Na takie dzieciaki mówi się Półbóg, Heros, lub po prostu dziecko półkrwi. Rozumiesz, połączenie Boga i człowieka. Pół Bóg i Pół Człowiek. Heros. Ale nie mnie to tobie tłumaczyć. Spójrz. - Wskazał ręką przed siebie na wielki drewniany łuk. - Co widzisz?
-Przejście pod łukiem i pełno drzew?
-A na górze łuku?
-Osada Gamma. - Przeczytałem napis.
-Dokładnie. Od teraz to twój nowy dom. Chodź. - Powiedział i położył swoją rękę na moich ramionach. Przeszliśmy pod łukiem i dalej szliśmy ścieżką. Po chwili wyszliśmy na polanę. - Widzisz tam ten duży biały dom?
-Tak.
-To Wielki Dom. Mieszka w nim dyrektor Korin. Jest Centaurem. Tak jak dyrektorzy pozostałych Osad. Tylko im powierza się władzę w Osadach. Tylko oni podejmują się opieką nad nami.
-Centaurem?
-Pół człowiek, pół koń. Nie pytaj.
Szliśmy w stronę Wielkiego Domu. Był ogrodzony średniej wysokości płotem, nie było żadnej bramki zamiast niej była po prostu wolna przestrzeń. Po obu stronach wejścia wzdłuż płotu stały posągi, po prawej Bogowie, po lewej Boginie. Dalej ścieżka prowadziła od płotu na ganek, a po obu stronach ścieżki stały dwie fontanny, jedna z prawej, a druga z lewej strony ścieżki. Ricky zapukał w drzwi a po chwili jak się nie mylę otworzył nam Korin.
-Ricky? Co ty tu robisz?
-Witaj Korinie. Uratowałem młodego wieczorem i przyprowadziłem tutaj. - Centaur dopiero teraz mnie spostrzegł.
-Jak się nazywasz chłopcze?
-Dominic Sully.
-Wejdź Dominicu. - Otworzył szerzej drzwi bym mógł wejść do środka co uczyniłem. - Dziękuję Ricky. - Powiedział i zamknął drzwi. - Siadaj. - Wskazał mi krzesło, które po chwili zająłem. - Więc jak już się pewnie dowiedziałeś od Ricky'ego jesteś Herosem. Opowiedz mi swoją historię.
-Moją historię?
-Może źle się wyraziłem. Jak trafiłeś na Ricky'ego?
-To on trafił na mnie. Podszedł. Zagadał. A potem pojawił się taki zakapturzony stwór który dziwnie skrzeczał. Ricky skądś wytrzasnął miecz i zaczął z nim walczyć. A później go zabił. I przyprowadził mnie tutaj.
-A co się stało że Ricky do ciebie podszedł?
-Siedziałem skulony na ławce. Płakałem. - Ostatnie słowo dodałem strasznie cicho, ale Centaur musiał je i tak usłyszeć.
-Czemu płakałeś?
-Bo to wszystko już mnie zaczęło przerastać. Nie chciałem dłużej tam być.
-Gdzie być?
-W sierocińcu. Mieszkam tam od urodzenie. Rodzice mnie porzucili. Nie chcieli mnie. Woleli żyć samotnie. Beze mnie. Nienawidzę ich. Nie mogłem dłużej tam siedzieć. Uciekłem.
-W jakim sierocińcu byłeś?
-Santa Monica Di Amo.
-Twoi rodzice tak naprawdę nie chcieli cie opuścić wiesz? Jeden z twoich rodziców jest Bogiem. Musiał odejść. Choćby nie wiadomo jak bardzo chciał nie mógł zostać. Drugim rodzicem jest Śmiertelnik. Coś się musiało stać że cię opuścił. Rozumiesz?
-Tak.
-Ile masz lat?
-Piątego lipca skończę dziesięć. - Powiedziałem z szerokim uśmiechem.
-Dziesięciolatek. Póki co nie wiadomo kto jest twoim boskim rodzicem. Jak na razie zamieszkasz w Domku Hermesa ...
-Boga podróżnych, kupców, pasterzy, złodziei, dróg. Tak wiem.
-Znasz się na ...
-Mitologii uczyłem się dodatkowo w szkole, na konkursy.
-Ricky cie oprowadzi po Osadzie. - Powiedział i pokierował się do drzwi, po czym je otworzył. Na ganku na schodach siedział Ricky, gdy tylko drzwi się otworzył to wstał.
-To co młody pozwiedzamy przed śniadaniem?
-Tak. - Powiedziałem z uśmiechem.
-Oh zapomniałbym Dominic. Witaj w domu chłopcze. - Powiedział Centaur i zamknął drzwi.
-W domu? Dom. Nigdy nie miałem domu.
-Teraz masz. Teraz się wszystko zmieni. Zobaczysz wszystko się ułoży. Może być już tylko lepiej. Chodź Nico. - Wychodząc pokierowaliśmy się w lewo.

-Domki są ponumerowane. Nie koniecznie w kolejności. Gdy pojawia się Heros, którego domku jeszcze niema, buduje on z pomocą innych Herosów swój domek, w miejscu w którym chce. Sam projektuje i dekoruje swój domek. Następnie jest nadawany numer. Dzieciom Hermesa przypadł Domek numer Jeden, w nim będziesz mieszkał dopóki nie dowiemy się kim jest twój Boski Rodzic.

Ricky wskazał na brązowy dwupoziomowy domek. Schludny, niczym szczególnym się nie wyróżniający. Wszedł na ganek otworzył drzwi i zapukał w ścianę. A wszyscy obecni w środku zwrócili swoje oczy w naszą stronę.

-Nowy?!
-I tak i nie. - Odpowiedział mu Ricky. - Nowy Nieokreślony.
-Miło cię poznać. Witaj w skromnych progach Hermesa. Jestem Octavian Montenia. Drużynowy Domku numer Jeden. - Chłopak podał mi rękę, którą uścisnęłam.
-Dominic Sully.
-Idę go oprowadzić.
-Spoko. Do zobaczenia na śniadaniu. - Powiedział Octavian. A my odeszliśmy.

-Wszyscy od Hermesa są przyjaźni, zawsze pomogą podróżnym. Ale radzę uważać gdyż są to również dzieci Boga złodziei. Chociaż nie każdy kradnie. Lubią też robić psikusy. Ale nie martw się swoim nic nie zrobią. Możesz stać się ich celem dopiero kiedy zostaniesz Określony i trafisz do innego domku. Hermes w tej chwili ma dwadzieścia troje dzieci. Plus troje nieokreślonych razem z tobą. To jest Domek numer Pięć. Mądrość bije na kilometr od dzieciaków Ateny.

Wskazał na szaro-biało-błękitny Domek.

-Spryt, strategia. Tym się charakteryzują. Ich Drużynową jest Alissa Cello. Piętnaścioro Ateniątek. - Zaśmiał się i poszliśmy dalej. - W Osiemnastce mieszkają dzieciaki Nike Bogini Zwycięstwa.

Wskazał mi biało-złoty domek.

-Z tego domku pochodzą najlepsi wojownicy. Lepsi nawet od dzieciaków Aresa. Jest ich dwadzieścia, drużynowy to Thomas French. W Szóstce mieszkają dzieciaki od Afrodyty. Martwią się tylko o siebie. O to czy dobrze wyglądają. Miłość, piękno i te sprawy. Drużynowa to Maria Verininet. Zamieszkuje tu jedenaście dzieciaków.

Domek ten był nieco dziwny. Różowo-biały z czarnymi okiennicami i krwisto czerwonymi drzwiami.

-Tu jest Jedenastka Domek dzieciaków Artemidy. Zazwyczaj stoi pusty, gdyż wszystkie jej dzieciaki gdy tylko skończą siedemnaście lat dołączają do jej Łowców i Łowczyń. Nikt nie wie czym się zajmują i wiedza ta jest zakazana dla innych Herosów. Mają jakąś swoją misję, której stawiają czoła codziennie. Ale zanim ukończą siedemnaście lat żyją tutaj. W tej chwili mieszka tu sześć osób, Drużynowy to Ryan Hood. A oprócz tej szóstki Artemida ma wiele dzieciaków.

Domek ten był zielony i połyskiwał na biało i czarno.

-Zaraz obok jest domek jej brata Apolla Domek numer Dwanaście.

Spojrzałem na biały domek z typowymi greckimi kolumnami. Był całkowicie wykonany z marmuru.

-Najbardziej rozśpiewane i roztańczone dzieciaki. Gdyby nie oni byłoby nam tu strasznie nudno. Niektórzy tworzą muzykę, inni wiersze, jeszcze inni śpiewają. Ale tańczyć muszą wszyscy. To jest tak jakby ich wizytówka. Każdy od Apolla zawsze posługuje się łukiem. Mogą mieć dodatkowo miecz jeśli chcą, ale rzadko kto go bierze. Niektórzy od Apolla są Wyroczniami. Mają połączenie z Ojcem, który jest Wyrocznią w Delfach. Dzięki swoim dzieciakom Apollo przekazuje nam to co ujrzał w wyroczni, co widzi w naszej przyszłości. Ale same dzieciaki również są sami w sobie Wyroczniami, i mówią to co oni ujrzą, a nie to co przez ich usta przekazuje nam ich ojciec. Rozumiesz młody? - Pokiwałem głową. - To dobrze. Bystry jesteś wiesz. - Wyszczerzyłem się do niego, a on potargał mi włosy. - Agnes Wilton to Drużynowy, ich domek liczy siedemnaścioro osób. Trójka dzieci Bogini Hebe.

Wskazał na biało-brązowo-czerwony domek.

-Niczym szczególnym się nie wyróżniają prócz tym że są wiecznie młodzi. W końcu ich matka to Bogini młodości. Te dzieciaki mogą kierować swoim wiekiem. Mogą sprawić że będą wyglądać jakby mieli dwanaście lat, a za chwilę mogą sprawią że będą wyglądali na trzydzieści pięć. Pięcioro dzieci Garet Multer to Drużynowy. Dwadzieścia Jeden Hefajstos naprawią wszystko. Ciągle pracują nad różnymi nowymi modelami, konstrukcjami. Budują, tworzą, naprawiają. Niektórzy panują nad ogniem. Jest ich dwudziestu jeden Drużynowy to Arek Nelson.

Wskazał domek który był najdziwniejszy ze wszystkich. Przypominał dziwną konstrukcje. Był albo czteropoziomowy, albo trzypoziomowy o wysokich sufitach. Był zbudowany z drewna pomalowanego na jasny brązowy a na to była nałożona druga ściana, srebrna metalowa konstrukcja.

-W Czwórce mieszkają dzieci Zeusa. Drużynowy Ashton Cortez. Jest ich ośmioro. Ale mieszka tu tylko sześcioro z nich gdyż pewne bliźniacze rodzeństwo brat z siostrą postanowili dołączyć do Łowców Artemidy. Ta powitała ich z otwartymi ramionami i wielkim uśmiechem na ustach. To zaszczyt mieć w swoich szeregach dziecko Wielkiej Trójki.

Wskazał na brązowy domek połyskujący złotem i srebrem.

-W Siódemce mieszkają dzieciaki od Hadesa. Drużynowa to Dalia Morena.

Czarny marmurowy dwupoziomowy domek połyskiwał srebrem i zielenią.

-Jest ich dziesięciu, ale również tak jak dzieciaki Zeusa, trójka z nich uparła się że będzie podróżować po świecie na misjach razem z Artemidą. Dwie dziewczyny i jeden chłopak którego siostra uparła się że dołączy do Łowców. Brat chciał mieć ją na oku więc wyruszył z nimi. Nie chcieli być gorsi od pozostałych z Wielkiej Trójki. Artemida była w siódmym niebie gdy się dowiedziała. W Dziewiątce mieszkają dzieci od Posejdona. Karter Johnson to Drużynowy.

Wskazał brązowy domek, który połyskiwał różnymi odcieniami niebieskiego.

-Jest ich siedmioro. Ale dwie dziewczyny dołączyły do Artemidy. Więc Bogini ma się czym cieszyć i zarazem czuć się bezpiecznie i dobrze, gdyż ma w swoich szeregach siedmioro dzieci z Wielkiej Trójki. W jakiś sposób dołączenie do Artemidy dzieciaków Wielkiej Trójki, zażegnało kłótnie między braćmi ale to było dawno temu. Skoro my Herosi się w końcu dogadaliśmy i potrafimy współpracować, a jesteśmy dla siebie obcymi osobami. To czemu oni skoro są braćmi od kilku tysięcy lat nie potrafią się dogadać. Chyba właśnie tego potrzebowali by zażegnać konflikty między sobą. Oczywiście Artemida kiedyś w swoich szeregach miała więcej dzieciaków z Wielkiej Trójki. Ale wiesz lata lecą. A Herosi wiecznie żyć nie mogą. Odkąd pierwszy raz dzieciaki z Wielkiej Trójki złączyli swoje siły i razem dołączyli do Artemidy minęło sześćset sześćdziesiąt dziewięć lat. Od tamtego czasu na Olimpie układa się coraz lepiej. Bracia wiedzą że mogą na sobie polegać. Mogą sobie pomagać. A co najważniejsze zaczęli znowu sobie ufać. Przeszłość została odgrodzona. I nie chcą już do niej wracać. Liczy się to co jest teraz. Ty jako nowicjusz musisz wiedzieć że nadeszło nowe niebezpieczeństwo. Już dawno. I od wielu stuleci walczymy z wrogiem który zjawił się znikąd i próbuje przejąć Ziemię. Bogowie nie mogą się mieszać w sprawy ludzi. Ale my Herosi jak najbardziej. Więc to my bronimy Ludzi na całym naszym świecie. To my walczymy o to żeby nasza planeta nie została przejęta przez jakiś obcych. W Piętnastce żyją dzieciaki Tyche Bogini Przypadku, Ślepego Losu, Szczęścia, Pomyślności, Powodzenia i Nieszczęścia. Jest ich czworo Drużynowy to Orion Riordan.

Ich domek jest mały w biało czarnych barwach wykonany z marmuru.

-W Siedemnastce mieszkają dzieci Nyks Bogini Nocy. Drużynowy to Sangvini Lorenzo, jest ich siedmioro. Nie przepadają zbytnio za światłem słonecznym i starają się jak najmniej przebywać za dnia na zewnątrz. Więc gdy tylko niema posiłków, żadnych ważniejszych zajęć na których musieliby się stawić, czy nie są im przydzielone żadne ważniejsze misje na które musieliby pójść to w dzień śpią, a w nocy żyją. Że się tak wyrażę. To jest Domek numer Osiem Demeter.

Zielono-brązowy domek ładnie się prezentował na tle lasu.

-Mieszka tu pięć osób. Bliźniacy John i Leon Greened, Stella z młodszym bratem Peterem Footcher i Lucy Kamis, która jest Drużynową. Zajmują się uprawą na naszych polach, które pokaże ci później. Nie są zbytnio rozmowni. W Dziesiątce mieszkają dzieci Dionizosa.

Domek ten okalały latorośle, przez które przebijały się białe ściany budynku.

-Jest ich tylko troje Drużynowy to Billy Boondree, zazwyczaj się nie udzielają  nigdzie. Od ludzi wolą towarzystwo roślin. No i wolą przebywać w swoim towarzystwie niż innych półbogów. Dwójka dzieciaki Aresa. Jeśli ci życie miłe to ich nie zaczepiaj, uważaj i najlepiej na początku omijaj szerokim łukiem. Rozpoznasz ich po wrednym wyrazie twarzy. Dzieciaki Boga Wojny są bezlitośni.

Wskazał na czarno-srebrno-brązowy domek.

-Najlepiej wyszkoleni w walce, bo od urodzenia płynie to w ich żyłach. Wojnę i bitwy mają we krwi. Ale jak mówiłem wcześniej lepsi od nich są tylko dzieciaki Nike. Ciężkie uzbrojenie, miecze, włócznie i tarcze to ich wyróżnia. Jest ich osiemnastu Drużynowa to Tracy Hoopkins. W Szesnastce mieszkają dzieci Iris Bogini Tęczy oraz posłanki Bogów. Dzieciaki z tego domu zazwyczaj są kolorowi. Muszą się wyróżniać z tłumu.

Ich domek również był kolorowy, we wszystkich barwach tęczy.

-Zewnętrznie są gorsi od dzieciaków Afrodyty. Ale uwierz mi lepiej się gada z nimi, z dzieciakami Afrodyty niemożna zbytnio normalnej rozmowy przeprowadzić. Drużynowa to Honoria Tallaris jest ich piętnastu. Czternastkę zamieszkują dzieciaki Hestii Bogini ogniska domowego, podróżnych, sierot i nowożeńców.

Domek ten był dwupoziomowy brązowo-szaro-pomarańczowy.

-Korin nowych przydziela albo Hermesowi albo Hestii. Zależy od tego który domek ma w danej chwili mniej dzieciaków. Niektóre dzieciaki z tego domu również władają ogniem. W tej chwili mieszka tu dwoje nieokreślonych i dwadzieścia pięć dzieciaków Hestii, Drużynowa to Joanna Gloris. Dziewiętnastkę zamieszkują dzieciaki Bogini Zemsty, Sprawiedliwości i Przeznaczenia Nemezis. Jest ich ośmioro Drużynowy to Sensil Nomeno.

Domek ten był czarny ze srebrno-fioletowym połyskiem.

-No i w końcu domek numer Dwadzieścia Hekate Bogini Czarów, Magii, Ciemności, Widm. Jest ich dziewięcioro Drużynowy to William Torreto. W tych drewnianych chatkach mieszkają Satyrowie, pomagają w utrzymaniu porządku w Osadzie i takie tam.

Wskazał skupisko małych drewnianych chatek.

-To pół ludzie i pół kozły. Radzę ich nie obrażać. Dość długo co poniektórzy trzymają urazę. W Osadzie mieszka ich trzydziestu sześciu. A takim głównym Satyrem, Przywódcą jest Klerence. Niema nazwiska. Tu jest Patio.

Wskazał na WIELKIE PATIO ze szklanym dachem, na środku stał mały kamienny piec. A wokoło pełno stołów i ław.

-Tutaj jemy. Piec służy do składania darów Bogom. Za to że są, że czuwają, za to że dzięki nim my tu jesteśmy i mamy zaszczyt dłuższego życia niż zwykli śmiertelnicy i że możemy ocalić świat.
-Dłuższe życie?
-Nie mówiłem ci jeszcze?
-Nie.
-Jesteśmy Herosami. Jednym z naszych rodziców jest Bóg, Nieśmiertelny Bóg. Więc część ich Nieśmiertelności spłynęła na nas, więc mamy dłuższe życie. Herosi potrafią dożyć nawet trzystu lat.
-Wow.
-Niesamowite prawda?
-Tak. Bardzo. - Powiedziałem z uśmiechem i rozejrzałem się zauważyłem domek nr Jedenaście w pobliżu. - My tędy już szliśmy?
-Tak. Wyprzedzam pytanie. Najpierw chciałem pokazać ci domki. Teraz już czas na śniadanie. Więc Łazienki, Warsztaty i Pola Ćwiczebne pokaże ci później okej?
-Jasne. - Weszliśmy na Patio, Ricky pokierował mnie do stołu Hermesa i zajął miejsce obok. Więc wiem już że jest on od Hermesa Po chwili Patio zaczęło się wypełniać. Gdy już wszyscy zajęli swoje miejsca Korin wkroczył również na Patio  i stanął przy stole który zajmowali Satyrowie, który rozciągał się całą długością pod jedyną ścianą.
-Witajcie Herosi. Dzisiaj dołączył do nas Dominic Sully. Na razie będzie on mieszkał w Domku numer Jeden u Hermesa. - Ricky puknął mnie lekko z łokcia w bok. Więc wstałem uśmiechnąłem się i rozejrzałem po zebranych. Siadając przypadkowo szturchnąłem łokciem kolego z domku.
-Przepraszam. - Wymamrotałem cicho, bojąc się że chłopak zaraz zrobi wielką aferę. Ale nic takiego się nie stało zamiast tego uśmiechnął się i powiedział.
-Nic się nie stało Dominicu.
-Nico.
-Co?
-Mów mi Nico.
-Dobrze Nico. Jak pierwsze wrażenia?
-Tu jest obłędnie. - Powiedziałem patrząc jak Nimfy właśnie wyczarowują na stołach jedzenie.
-Za pomocą swojej magii przenoszą zastawy z kuchni tutaj. Jestem Raul Not.
-Miło cię poznać. - Powiedziałem z uśmiechem. - A wracając do twojego pytania. - Powiedziałem sięgając i przekrajając bułkę. - To jest tu ... - Przerwałem, bo nie mogłem dobrać odpowiedniego słowa. Raul spojrzał na mnie. - Jest tu niesamowicie. To miejsce jest tak inne. Te wszystkie domki. Każdy inny, a zarazem wyjątkowy na swój własny sposób.
-Mały nie zachwycaj się tak. - Powiedział z rozbawieniem. - Jeszcze zdążysz znienawidzić to miejsce.
-Nigdy. - Powiedziałem od razu. - Jestem tutaj od jakiejś godziny może dwóch. Ale w końcu czuję się dobrze w danym otoczeniu. To tu pasuje. Tu jest moje miejsce. To tutaj jest mój Dom. Prawdziwy jedyny dom. Dom jakiego nigdy nie miałem. Od urodzenia mieszkałem w sierocińcu, a gdyby Ricky mnie nie spotkał, teraz pewnie błąkałbym się po jakimś mieście.
-To w takim razie inna sprawa.
-A czemu powiedziałeś że jeszcze zdążę znienawidzić to miejsce?
-Niektórzy co tu trafiają i się tak zachwycają na początku, po jakimś czasie zaczynają mieć dystans do tego miejsca, zaczynają je nienawidzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz