sobota, 7 marca 2015

ROZDZIAŁ 8 SAFIRA

[SAFIRA]


Siedzę w metrze, znowu mam słuchawki na uszach, znów słucham głośno muzyki, że aż jakaś babcia która siedzi przede mną się odwraca i kręci głową. Dobrze że nie widzi mojej twarzy, mam arafatkę zawiązaną na szyi, granatową bluzę z dużym kapturem pod którym chowam twarz i czarną skórzaną kurtkę, do tego dopasowane ciemne dżinsy i czarne trapery. Patrząc za okno w szybie widzę jego stojącego obok mnie. Tak jak zawsze muzyka, która gra mi w uszach zagłusza go i przyćmiewa jego działanie. Odbiera mu kontrolę. Gdy słucham muzyki, śpiewam, albo tańczę on słabnie. Muzyka odbiera mu siły. Ale i tak ciągle czuję jego obecność, może do mnie przemówić, ale nie przejmie nade mną kontroli. Dlatego często jej słucham. Ale gdy ją wyłączam znów w głowie słyszę wyraźnie jego głos. Znowu może sprawować kontrolę nad moim ciałem. On jest niebezpieczny. Udowodnił to już wiele razy. Krzywdził mnie owszem. Przejmował kontrolę i zaczął walić głową w ścianę lub cokolwiek innego. Wiele było takich sytuacji. Wieleby można wymieniać. Ale jedno jest pewne. Nieważne jak mnie pokiereszuje. Nie zabije mnie. Zabijając mnie, zabije siebie. Będzie czekał wiele lat by się odrodzić, nie wiem dokładnie ile. Jeśli zginę z ręki innego człowieka, zwierzęcia, czy ze starości, lub z własnej głupoty, wtedy to na niego nie zadziała i przeniknie w inne ciało. Znajdzie sobie inny "kontener" jak to nazwał. Ale jeśli zginę z jego winy, to będzie czekał by powrócić, jest to swego rodzaju kara. Niewolno mu zabić swojego kontenera w którym jest pasażerem. Nie wiem czym on jest. Nie wiem co potrafi. Praktycznie mało o nim wiem. Bardzo mało mówi o sobie. A jak już mówi, to zazwyczaj się powtarza. Gdyby nie moi przyjaciele to bym zwariowała. W zasadzie przyjaźnimy się od małego, gdyż nasze mamy się przyjaźnią od dawna i w dodatku mieszkają blisko siebie. Pamiętam jak nam opowiadały o naszych ojcach.


-Od zawsze trzymałyśmy się w piątkę. Pewnego dnia byłyśmy w parku i nagle nie wiadomo skąd przyszło pięciu wspaniałych mężczyzn. Oczarowali nas. Spotykaliśmy się z nimi wiele razy. Zakochaliśmy w sobie. Każda z nas, zakochała się w jednym z nich. Było wspaniale. Ale pewnego dnia zniknęli. Kilka dni później dostałyśmy od nich listy. "Przepraszam, że tak nagle musieliśmy wyjechać. Nie mieliśmy wyboru. Musieli nas odesłać. Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze się spotkamy, ale mam nadzieję że tak." Każdy napisał to samo. Później pojawiali się pojedynczo na kilka dni. Każdy z nich zjawił się dwa razy podczas ciąży, na narodziny swojego dziecka. trzy razy w ciągu roku i na pierwsze urodziny. I później już się nigdy więcej nie pokazali. Nie wiadomo co się z nimi stało. Tak się cieszyli z was. Gdybyście ich widzieli. Byli tacy szczęśliwi. Radość emanowała od nich na kilometr. Chciałabym wiedzieć co się z nimi stało. - Tak mówiła każda z naszych mam.


Ile razy słyszałam tę opowieść? Niewiele. Mamy nie chcą zbytnio o tym rozmawiać. To drażliwy temat. Osoby które kochały odeszły bez słowa. Rozpłynęły się w powietrzu. Puf! Niema.

Chciałabym wiedzieć kim jestem. Chciałabym wiedzieć czemu mam jego w głowie. Raz mu się wymsknęło że jestem inna od wszystkich. Ja i pozostała szóstka. Jesteśmy inni, wyjątkowi. Ale gdy spytałam co miał na myśli, milczał. Nie powiedział nic więcej. O co mu chodziło nie mam pojęcia. Powiedział mi jeszcze tylko że kiedyś się dowiem. Jak przyjdzie czas. Spotkam ojca. Dowiem się kim jestem. Powiedziałam mu wtedy że, tak ale dopiero po śmierci. Jego odpowiedź mnie zdziwiła. Za życia go spotkasz. A masz przed sobą bardzo długie życie. Dało mi to wiele domyślenia. Ale to było parę lat temu. Miałam wtedy dziewięć lat. Teraz mam prawie piętnaście. Tak dla wyjaśnienia imię jego brzmi Axel.

To on prowadził mnie przez całe moje życie. Rodzicom sprawiam duży problem wychowawczy. Tracę kontrolę, staję się nie do wytrzymania. A nie mogę powiedzieć rodzicom że w mojej głowie ktoś sobie mieszka. Wzięliby mnie za wariatkę. Wysłali do psychiatryka. Resztę życia spędziłabym zamknięta w zakładzie dla umysłowo chorych. Albo inna opcja. On by mi coś zrobił gdybym komuś powiedziała. Wiele razy słyszałam jego groźby. Jak go nie posłuchałam, wypełniał je. On nienawidzi sprzeciwu. Ale wie również że ja zawsze stawiam na swoim. Więc jakoś udało nam się dojść do kompromisu wiele razy, ale nie zawsze.

Chcielibyście pewnie mnie poznać co? Jak na razie nawijam i nawijam a nawet mojego imienia nie znacie. Nazywam się Safira Darkness. Kilka ciekawostek z mojego życia? Już powiedziałam. Mogę przedstawić kilka krótkich historii z mojego życia.


-Axel czemu mi to robisz?
-Bo tak jest zabawnie.
-Odczep się wreszcie. Odejdź.
-Nie mogę. Wiesz że nie mogę tego zrobić. Bo jak to zrobię zginiesz.
-Obiecaj mi coś.
-Zależy co.
-Będziesz mnie chronił. Pilnował mojego bezpieczeństwa. I pozwolisz mi w przyszłości spełniać moje marzenia, bez sprzeciwu.
-A co ja będę za to miał?
-Mnie. - Powiedziałam z wielkim bólem serca do niego w myślach.
-Kusząca propozycja. Ale to mało.
-Mało? Będziesz miał mnie, na własność.
-Kiedy ze chcę?
-Kiedy zechcesz. - Powiedziałam a po moich policzkach spłynęło kilka samotnych łez.
-Więc zgoda. - Powiedział i uformował swoje ciało fizycznie, tak że każdy mógł go zobaczyć. Sam mógł zrobić coś takiego tylko cztery razy w każdym roku. Mógł też to zrobić na moją prośbę. Jeśli poproszę by uformował ciało, zrobi to pomimo tego nawet że już cztery razy to zrobił. Więc stał teraz przede mną ubrany w czarne dżinsy, czerwoną koszulkę, jasną dżinsową kamizelkę i trampki. - Zabawimy się? - Spytał w moim umyśle. Nie miałam nic do gadania. Zgodziłam się na to. Umowa, to umowa. Na zawsze jego. Na zawsze dla niego. Więc z wielką niechęcią kiwnęłam głową. I tak nie mam nic do gadania. Wolę zrobić to dobrowolnie, niż miałby on sterować moim ciałem. Podszedł do mnie bliżej i klęknął przede mną. - Nie opieraj się. To przecież nic takiego wielkiego. Ścierpiałaś wiele. Zasługujesz na odrobinę przyjemności. Daj się ponieść chwili, emocją. Nie każ mi kierować tobą. Daj się ponieść rozkoszy. - Mówiąc to rozpiął moją koszulę i zaczął zsuwać ją z moich ramion. Nie poruszałam się. Wciąż siedziałam tak samo, jak wcześniej. Nie chciałam żeby przejął nade mną kontrolę, ale nie mogłam zmusić się do ruchu. Zacisnęłam z całej siły oczy i zasłoniłam twarz dłońmi. Axel westchnął poirytowany. - Naprawdę mam cię zmusić? Mam cię kontrolować? - Nie ruszyłam się przez chwilę po czym pokręciłam głową na nie. - Więc? - Spytał i czekał.Wtedy zrobiłam coś czym zaskoczyłam jego, a przede wszystkim siebie. Pochyliłam się do przodu zmieniając pozycję z siedzącej do klęczącej, zarzuciłam mu ręce na szyję i wpiłam się w jego usta. Przez chwilę nie zrobił nic, był zszokowany, ale już w następnej chwili oddawał pocałunek. Moje ręce powędrowały na jego ramiona zsuwając jego kamizelkę na ziemię. Nie był mi dłużny i pozbawił mnie mojej białej bokserki i zabrał się za rozpinanie mi spodni. Ja w tym czasie zdjęłam jego koszulkę. Cały czas powstrzymywałam się od odsunięcia od niego. Ale on zrobił to pierwszy tylko po to żeby wstać i pociągnąć mnie za sobą, zsunął moje spodnie do końca i położył na materacu który leżał w koncie w tych ruinach. Chwilę później on też nie miał już na sobie spodni. - Spokojnie. Będzie dobrze. Odpręż się. Zrelaksuj się. - Mówił do mnie. Zamknęłam oczy by się odprężyć. Poczułam jego dłonie na moim ciele rozpiął mi stanik i odrzucił gdzieś w bok, następnie ściągnął mi majtki. Wtedy otworzyłam oczy. Patrzył mi prosto w oczy. - Nie bój się. - Szepnął i wszedł we mnie. Zacisnęłam swoje dłonie na jego plecach z całej siły. Ból był okropny. Ja przecież mam dwanaście lat! Poczekał aż się dostosuję i zaczął się poruszać. Ból był niemiłosierny, ale po jakimś czasie przyćmiła go przyjemność. Było cudownie. Chcąc nie chcąc muszę to przyznać. Po wszystkim położył się obok mnie, a ja się w niego wtuliłam, - Nie było tak źle kochanie, prawda? Wiem że ci się podobało. Czułem to. Czuję wszystko to co czujesz ty. Bolało aż tak mocno?
-Z początku tak. Ale później ... później było ... było ... niesamowicie. - Uśmiechnął się.
-Słoneczku mojemu się podobało? Więc będę znikał.
-Zostań ze mną. Proszę. - Nic nie powiedział. Otulił mnie tylko ramieniem przyciągając bliżej siebie. Zanim zasnęłam usłyszałam jeszcze jego głos.
-Zawsze tu będę dla ciebie. Będę cię bronić jak obiecałem. Ze mną jesteś bezpieczna promyczku.


Jedna z wielu historii z mojego życia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam że muzyka aż tak na niego działa. Dowiedziałam się tego pięć miesięcy później. Po kolejnych czterech miesiącach wygrałam program muzyczny. Podpisałam kontrakt. Jestem piosenkarką. Daję koncerty. Szaleję na scenie. Mam tysiące fanów i fanek. Tańczę, śpiewam, wygłupiam się. A Axel wtedy siedzi cicho w mojej głowie. Nieraz rzuca jakieś komentarze, przez co mam ochotę wybuchnąć śmiechem albo po prostu się załamać. Wczoraj minęły dwa lata odkąd śpiewam na scenie.

-Słoneczko mamy problem.
-Jaki problem?
-Wsiadły tu potwory.
-Co? - Zaśmiałam się. - Weź nie żartuj okej?
-Musimy wysiąść.
-Nie.
-Tak. Musimy. Chcesz żyć? Obiecałem ci chronienie cię. Więc rób co karzę. Wysiadamy na następnym. Niezauważeni. Najlepiej w ostatnim momencie, żeby już nikt inny nie zdążył wysiąść za tobą. Wyłącz muzykę proszę. - Przewróciłam oczami ale zrobiłam to o co prosił. I nagle poczułam że straciłam kontrolę. Przejął władzę nad moim ciałem. W ostatniej chwili wyskoczył na peron. Zaczął biec przez peron, następnie po schodach. Wybiegł w miasto. Szliśmy ulicą w jednym z zaułków stała grupa dzieciaków w rękach trzymali miecze. Jeden zrobił dziwny gest dłonią w której trzymał miecz, a on zmienił się w pierścień na jego palcu.
-Wow! - Krzyknęłam a oczy wszystkich skierowały się w moją stronę. - Jak to zrobiłeś?
-Widziałaś to?  - Spytał chłopak o czarnych włosach i opalonej skórze. Wciąż jeszcze trzymał miecz w dłoni. Podniósł go do góry. - Widzisz go? - Spytał.
-Miecz? Tak.
-Jest jedną z nas. - Powiedział inny chłopak o brązowych włosach, znacznie niższy od poprzedniego. Pewnie dlatego że jest młodszy. - Jestem Nico. A to są moi przyjaciele. Loren, Leonia, Olivia, Nils, Sangvini, Jorge, Merlock i Harry. Oraz Figlak i Rafel. - Powiedział wskazując po kolei wszystkich.
-Jestem Safira.
-Miło cię poznać. To co powiem pewnie wyda ci się dziwne, ale musisz iść z nami. Twoje życie nie jest takie za jakie je bierzesz.
-Posłuchaj ich. Nie masz się co obawiać. - Odezwał się Axel w mojej głowie.
-Zgoda. Pójdę z wami. Ale powiedzcie mi o co chodzi.
-Ale nie tutaj i nie teraz musimy zwiewać. Idziemy! - Krzyknął i wszyscy ruszyli, a ja wraz z nimi. Weszłam wraz z nimi na okręt, a dziewczyna imieniem Loren stanęła za sterami. Co jak co ale mam pamięć do twarzy i imion.


[JORGE]


-Dziewczyna wygląda na miłą, normalną dziewczynę. Jeśli herosów można nazwać normalnymi. - Powiedział Vini kończąc tym samym dyskusję z Harrym. - Chodź Nico. Trzeba jej opowiedzieć trochę.
-Wiem. Staram się wam to powiedzieć od dobrych dziesięciu minut. - Powiedział i ruszyli w jej kierunku, a ja za nimi.
-Więc. Od czego by tu zacząć. - Powiedział siadając naprzeciwko niej na podłodze, a Vini zajął miejsce obok nich. Ja stanąłem obok, opierając się plecami o barierkę.
-Najlepiej od początku. - Powiedziała z uśmiechem.
-Jesteś Herosem. - Powiedział a ona spojrzała na niego jak na debila. - Półbogiem. Dzieckiem Boga Olimpijskiego i Śmiertelnika. Znasz pewnie mitologię?
-Coś tam o niej słyszałam.
-Wszystko to jest prawdą. Bogowie istnieli, istnieją i będą istnieć wiecznie. Co jakiś czas schodzą na ląd i mają przelotne romanse ze Śmiertelnikami z którymi mają później dzieci. Większość Herosów w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego kim jest. Ale to jest prawda. Sam dowiedziałem się że jestem Herosem dwadzieścia jeden dni temu dokładnie. Zabierzemy cię do naszej osady w której żyjemy. Jest bezpiecznym miejscem. Żaden potwór się tam nie dostanie. Nikt niepowołany tam nie wejdzie. Do osady wejść mogą tylko ci którzy mają Boskiego rodzica, oraz Satyrzy, Centaury, Nimfy i Driady. Więcej wyjaśni ci Korin.
-Czyli co? Kurs na osadę? - Spytał Vini.
-Nie. My bierzemy kurs na zatoczkę. A Jorge przeniesie się wraz z Safirą do Osady. - Nico spojrzał na mnie i wstał. - Wybacz Jorge, ale musisz nas opuścić. Resztę drogi pokonamy sami. Ona musi się jak najszybciej pojawić w Osadzie i porozmawiać z Korinem.
-Jasne. Szkoda że nie dotrwam do końca tej misji. Ale ta misja poboczna też jest super.
-To się cieszę. Naprawdę przykro mi że musisz nas opuścić. Widzimy się za kilka dni.
-Do zobaczenia. - Powiedziałem do nich. - Chwyć mnie za rękę.
-Po co?
-Jak mnie złapiesz to zobaczysz. - Powiedziałem, a ona niepewnie chwyciła moją dłoń. Po chwili znajdowaliśmy się w Osadzie przed Domkiem Dyrektora. - Witaj w Osadzie Gamma. Chodź. - Powiedziałem i podeszliśmy pod drzwi a ona podziwiała otoczenie. Zapukałem. Po chwili otworzył nam Korin. - Cześć Korinie.
-Jorge! Już wróciliście?
-Jeszcze nie. Spotkaliśmy ją po drodze. Więc postanowiliśmy jak najszybciej przyprowadzić ją do ciebie. Reszta popłynęła dalej.
-Rozumiem. Wejdź proszę. - Powiedział do niej i odsunął się by mogła przejść.
-Poczekam tu na ciebie by cię oprowadzić.

piątek, 6 marca 2015

ROZDZIAŁ 7 ODZYSKANIE

[NICO]


Gdy się obudziłem byłem cały obolały. Jęknąłem i powoli otworzyłem oczy.
-Obudziłeś się. Wreszcie. Hej! Obudził się. - Krzyknęła a po chwili wszyscy byli już przy mnie.
-Loren?
-Tak.
-Co się stało?
-Razem z Nilsem walczyliście z paro nastoma, a może i nawet więcej Karienami.
-Nils! - Podniosłem się nagle. - Co z nim?
-Spokojnie. Leż. Wszystko z nim w porządku. Ma się dobrze. Obudził się wczoraj. Ale ma problemy z mówieniem. Boli go gardło. Teraz śpi. Jest u siebie. Obaj musicie odpoczywać. - Powiedziała i z jej pomocą położyłem się z powrotem.
-Jak długo byłem nieprzytomny?
-Pięć dni.
-Nieźle nas załatwili. Nie dziwię się że Nils nie może mówić.
-Co się tam tak właściwie stało?
-Jak pewnie wiesz razem z Nilsem i Kolczkiem ... No własnie co z nim?
-Nie przeżył. Udało nam się go utrzymać trzy dni przy życiu. Ale był nieprzytomny i bardzo słaby.
-Szkoda. A chroniłem go jak tylko potrafiłem. Nils także. Wracając do tematu. Poszliśmy tam tym tajnym przejściem. Do większości pomieszczeń nie mogliśmy się dostać. Tam był istny labirynt. Trafiliśmy do laboratorium. Zauważyli nas. Wezwali pomoc i zaczęli z nami walczyć. Tę trójkę pokonaliśmy. Poszperaliśmy trochę. Zabraliśmy parę rzeczy, które wydawały nam się dziwne, podejrzane, przydatne. Jakieś dokumenty. A później ze wszystkich czterech wejść do laboratorium wpadli oni. Karieni. Ośmiu na wielkich pająkach, Ośmiu na wielkich skorpionach. I dwudziesty normalnie. Zabiliśmy sześć pająków i cztery skorpiony wraz z tymi którzy na nich siedzieli. Oraz zabiliśmy dziesięciu z mieczami i toporami. Zaczęliśmy się ewakuować. Wybiegliśmy stamtąd. Gonili nas. Strzelali. Drogę przecięła nam banda piętnastu Karienów. Musieliśmy znaleźć inną drogę. Kilku było szybkich i zwinnych. Dogonili nas, a nawet przegonili. Więc musieliśmy z nimi walczyć. Zabiliśmy ośmiu. Udało nam się znaleźć inną drogę. Mieliśmy sporą przewagę bo wysadziłem mury. Sufit się zawalił i kilku zgniótł. Zaczęliśmy się dobijać by nam otworzyli przejście. Jak tylko to zrobili wystrzeliliśmy stamtąd jak burza krzycząc by wszyscy uciekali. Oboje już tam w tym labiryncie mówiliśmy o tym. Że musimy zostać przynętą by was uratować. Widzieli tylko nas. Czuli tylko nasz zapach. Dlatego tak postąpiliśmy. Później uciekliśmy do lasu. Tam wpadliśmy na mały bo pięcioosobowy oddział. Pokonaliśmy ich szybko zabraliśmy ich bronie. Pobiegliśmy dalej bo już nas doganiali. Stoczyliśmy tam z nimi walkę. Pokonując połowę piechoty i tych dwóch na pająkach wraz z tymi bestiami. Wzywali kolejne posiłki. Zaczęliśmy znów uciekać. Gdy wiedzieliśmy że są daleko, a przebiegaliśmy obok jakiejś chatki wpadliśmy do niej. Na szczęście była pusta. Szybko ją przeszukaliśmy zabierając parę rzeczy. Napiliśmy się wody i zabraliśmy po dwa owoce jedzące je szybko w biegu dalej uciekając. Przebiegliśmy przez krzaki i spadliśmy z klifu do rzeki. Wyszliśmy na drugim brzegu. Oni byli daleko i wysoko. Wiedzieliśmy że trochę i zajmie zejście. Ale wiedzieliśmy również że po tej stronie też możemy spotkać innych. Zaczęliśmy dalej biec. Nils się potknął i sturlaliśmy się z górki. Wpadliśmy do chatki. Szybko wstałem bo jeden z nich był w środku. Ale szybko go pokonałem. Nils nie mógł nic powiedzieć, bolało go gardło. Uderzył się z całej siły krtanią w coś. I to kilka razy. Nie wiem jak to wyszło. Poobijani chwiejnym krokiem wyszliśmy z tego domku obijając się o meble. Znaleźliśmy most więc przebiegliśmy na drugą stronę. Biegliśmy lasem w stronę plaży. Przez chwilę mieliśmy spokój. Ale później wpadliśmy  na większą grupę Karienów. Stoczyliśmy tam krótką walkę pokonując paru. Może połowę. Nie wiem. I zaczęliśmy uciekać. Wybiegając z lasu zauważyliśmy że wy już odpływacie. Więc się szybko sprężyliśmy i zdążyliśmy. No a w między czasie mocno oberwaliśmy. Dajcie mi wody.
-Jasne już idę. - Powiedział Harry i wyszedł.
-Coś ciekawego się działo?
-Nie. Mieliśmy spokojny rejs. Karieni na szczęście nas nie gonili. - Powiedział Vini.
-To dobrze.
-Proszę. - Powiedział Harry wracając z butelką wody.
-Dzięki. - Wypiłem całą butelkę.
-A teraz odpoczywaj. - Powiedziała Leonia.
-Już dosyć się na odpoczywałem.
-Byłeś nieprzytomny. To inna sprawa. Człowieku ty zemdlałeś.
-Wiem co zrobiłem. Byłem słaby. Ale już mi lepiej.
-Nico posłuchaj się jej. Ona ma rację. Musisz odpoczywać. Masz ciężkie rany. Ostrza które was trafiały były zatrute. Jesteś osłabiony. W takim stanie na nic się nie zdasz. Dzięki temu że kilka grotów strzał tkwiło w waszych ciałach, bo jak teraz już wiemy strzały połamały się przy upadku, dzięki temu właśnie udało nam się przygotować odtrutkę. - Powiedziała Loren. - Sam Apollo do nas przyszedł by nam pomóc was wyleczyć.
-Nie jest zły że stracił przez nas córkę?
-Nie. Wierzy że jeszcze ją ujrzymy. Jest silna. Nie da się tak łatwo.
-Ale nie można od tak opuścić statku widmo.
-No niby tak. Ale Apollo wierzy że jeszcze ją ujrzymy. - Odpowiedział mi Jorge. - A teraz odpoczywaj. - Po tych słowach wszyscy opuścili moją kajutę. Przez dłuższy czas leżałem rozmyślając. Nawet nie wiem w którym momencie zasnąłem. Gdy się obudziłem było cicho. Jedyne co dało się usłyszeć w tej ciszy to lekki szum fal. Wyszedłem z kajuty i schodami  wyszedłem spod pokładu. Świat właśnie się budził po nocy, a ja poszedłem na dziób okrętu podziwiając wschód słońca.
-Tyle się wydarzyło odkąd dowiedziałem się że jestem herosem. A minęło ile? Osiemnaście dni. Jak tak wiele, może wydarzyć się w tak krótkim czasie? Czy to w ogóle możliwe? Słyszałem opowieści jak straszne rzeczy dzieją się na misjach. Można się spodziewać wszystkiego. Tym bardziej teraz. W dawnych czasach aż tak groźnie nie było. Ale tak jak mi opowiadali. Wiele obcych nacji, ras, stworów, czy jak ich tam zwał zamieszkało na ziemi. I walczą z nami, bo jesteśmy najsilniejszymi istotami tej planety. Chociaż słabszych też atakują. Śmiertelników. Wiele razy w wiadomościach mówili i pisali o tajemniczych zniknięciach, atakach. Nikt nie wie co to jest. Ale ja wiem. I wiedzą inni herosi. Ale to za mało. Nas jest zbyt mało byśmy mogli stawić im czoła. A dla nich i tak jesteśmy za słabi. Osiemnaście dni. Jak to szybko minęło. Ciekawe co się ciekawego dzieje w osadzie?
-Można do nich zadzwonić przy śniadaniu. - Odwróciłem się. W wejściu pod pokład stał Vini.
-Cześć Vini.
-Cześć Nico.
-Długo tu stoisz?
-Tylko chwilę. Usłyszałem ostatnie trzy zdania. To prawda. Jak szybko czas potrafi płynąć. Ale dzieje się tak tylko na początku, bo przystosowujesz się do nowego życia. Za jakiś czas wszystko będzie ci się dłużyło. Bo jak już pewnie słyszałeś życie herosa jest bardzo długie. Więc tak jak teraz wszystko wręcz ci umyka, tak za jakiś czas, za parę lat wszystko będzie ci się zdawało ciągnąć w nieskończoność.
-Obie opcje nie brzmią za dobrze. - Vini wzruszył ramionami i podszedł i stanął obok mnie opierając się o barierkę i zapatrzył się w wschodzące słońce. Po chwili nie odrywając wzroku od wschodu zaczął mówić.
-Takie już jest nasze życie. Dziwne, niespodziewane, owiane tajemnicą, grozą, niebezpieczne i pełne przygód, ciekawych a czasem bardzo tajemniczych a nawet mrocznych przygód. Ochrona Śmiertelników jest naszym zadaniem zleconym przez Bogów. To oni nas stworzyli i to im mamy służyć. A jako że oni są panami ludzi. A my jesteśmy potomkami obu stron. Bo jesteśmy Półbogami naszym zadaniem jest ochrona tego co jest ich dziełem. Tego bez czego ten świat przestanie istnieć. Ochrona Ludzi, Śmiertelników, którzy nie wiedzą jakie zło skrywa ta planeta.
-Tak. Najważniejsze to odzyskać Trójząb. Bo będący w niepowołanych rękach może wywołać wielkie szkody.
-To prawda. To jest teraz naszym priorytetem. - Powiedział i przez dłuższą chwilę oboje milczeliśmy.
-Nie powinieneś wstawać z łóżka. - Odwróciłem głowę, właśnie podchodziła do nas Leonia. Przewróciłem oczami.
-Nie będę cały czas leżał w łóżku. Mam już dość leżenia i spania. Czuje się świetnie. - Powiedziałem zgodnie z prawdą.
-Jeszcze wczoraj byłeś cały obolały.
-Ale dziś już nic mnie nie boli. Mówię serio. - Powiedziałem gdy spojrzała na mnie wzrokiem "Akurat. Bo uwierzę."
-Jest w tobie coś dziwnego. Już to wcześniej zauważyłem. Założę się że Nils także to zauważył.
-Co takiego? - Spytałem przenosząc wzrok z Leoni na Sngviniego.
-Nie mam pojęcia co dokładnie. Ale jest w tobie coś co nie daje mi spokoju. Masz w sobie wielką moc. Która może okazać się bardzo niebezpieczna i zarazem bardzo użyteczna. Naprawdę jestem bardzo ciekawy kim jest twój Boski Rodzic.
-Też jestem ciekaw. Czemu nie chce mi się ujawnić? Czemu nie da żadnego znaku?
-Może daje znaki tylko ty ich nie widzisz. Albo nie chcesz widzieć. - Powiedziała Leonia.
-Co ty wygadujesz? - Chciała coś powiedzieć ale w tym momencie spod pokładu wybiegł Jorge.
-Apolkiny mówią że Trójząb został przeniesiony. Stracili jego trop.
-A co z złodziejem? - Spytałem.
-Również zniknął.
-To co teraz robimy? - Spytała dziewczyna.
-Są dwa wyjścia. Albo zawracamy. Ale popłyniemy tam gdzie się cały czas kierowaliśmy. Czy Apolkiny potrafiły by wskazać nam miejsce w którym jeszcze przed chwilą był Trójząb i złodziej?
-Tak bylibyśmy w stanie. - W mojej głowie odezwał się Azor.
-A wskażecie?
-Jasne. Będę kompasem Loren. - Powiedział z uśmiechem.
-Dziękuję. - Powiedziałem, a on zamerdał ogonem.
-Pójdę ją obudzić. - Powiedziała Leonia i po chwili zniknęła pod pokładem.
-A co z resztą? - Spytał Jorge.
-Niech śpią. Na razie nic się dzieje. Jeśli chcecie to też idźcie jeszcze spać.
-Ja zostanę z tobą. - Powiedział Vini.
-A ja pójdę się jeszcze kimnąć. - Powiedział Jorge i ziewnął.
-Chyba Azor wyrwał go ze snu.
-To akurat nie byłem ja. To był Figlak.
-Ma za dużo energii ten zwierz. - Powiedziałem i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. A Jorge zszedł pod pokład do siebie.

Po trzech dniach dopłynęliśmy na stały ląd gdzie przebywał Zurych wraz z Trójzębem. Właśnie dobijaliśmy do jednego z portów w Wielkiej Brytanii. Była noc więc nikt nas nie widział.
-Polin, Nurek i Azor wy zostańcie. Pilnujcie statku. Nikogo nie wpuszczajcie na pokład. - Powiedziałem i całą dziewiątką, raczej powinienem powiedzieć jedenastką bo były z nami dwa Apolkiny zeszliśmy na ląd. Szliśmy krętymi uliczkami miasta. Okazało się że w jednym ślepym zaułku jest tajne przejście Zurychów. Prowadziło głęboko pod ziemię. Schodziliśmy kolejnymi krętymi schodami mając w rękach pochodnie. I mam złe przeczucia. W końcu schody się skończyły a przed nami był wielki tunel a na jego końcu widać było światło. Nie mieliśmy innego wyjścia niż iść w tym kierunku. Gdy wyszliśmy z tunelu przed oczami stanęło nam podziemne miasto oświetlone licznymi pochodniami.
-Wooow - Powiedział Jorge i wielki uśmiech pojawił się na jego twarzy.
-Pamiętaj jesteśmy tu po to by odebrać to co skradziono i ukarać złodzieja.
-Tak jasne. - Powiedział rozglądając się po okolicy. Zdawało mi się jakby moje słowa w ogóle do niego nie dotarły.
-Figlak wiesz w którą stronę należy się kierować?
-Tak. Chodźcie za mną. Bądźcie ostrożni.
-Idziemy. - Powiedziałem i ruszyliśmy za Apolkinem.
Droga była długa. A Apolkiny przeprowadzały nas przez istny labirynt a nie miasto. Ale w końcu wskazały budynek w którym jest Trójząb.
-Doskonała robota. - Powiedziałem.
-Jest położony na jednym z wyższych pięter. Podejrzewam że albo na ostatnim lub przedostatnim.
-Dzięki. Wchodzimy. - Powiedziałem i najciszej jak potrafiliśmy weszliśmy do tego wielkiego budynku. Szliśmy pustym holem. Wychyliłem się za róg i od razu cofnąłem i przyległem do ściany. - Uwaga. - Szepnąłem. A wszyscy zrobili dokładnie to samo co ja przylegli do ścian udając że nas tu niema. Dwaj Zurychy przeszły nie zauważając nas. Po chwili gdy miałem pewność że już odeszli. Pobiegłem na schody a reszta za mną. Chcieliśmy wejść na przedostatnie piętro ale Apolkiny wyczuły że zbliża się co najmniej dziesięciu Zurychów więc weszliśmy piętro wyżej. I zaczęliśmy ostrożne poszukiwania. Sprawdziliśmy większość pomieszczeni ale nic nie znaleźliśmy. Właśnie staliśmy przed kolejnymi.
-Wyczuwam tam trzech Zurychów. W tym złodzieja. I Trójząb.
Zrobiliśmy szybką akcję. Weszliśmy do środka pokonaliśmy wroga. Upewniliśmy się że są martwi. Merlock powiedział że zabierze ze sobą głowę złodzieja. Nie mam pojęcia po jasną cholerę mu to. Ale Apolkiny wskazały mu właściwego trupa. Zabraliśmy Trójząb i wyszliśmy. Tak szybko jak weszliśmy do tego budynku, tak szybko z niego wyszliśmy. Schowaliśmy się między jakimiś budynkami gdzie było ciemno wszyscy chwyciliśmy się za ręce, a Apolkiny oczywiście za łapy złapaliśmy. A Jorge przeniósł nas cieniem do zaułka w którym było przejście pod ziemię,
-Nie możemy paradować po mieście z Trójzębem. - Powiedziałem.
-Daj mi to. - Powiedziała Lorem biorąc go do rąk. Wypowiedziała coś a Trójząb zmalał i wręczyła mi go z powrotem, a ja wrzuciłem go do torby.
-Dobra wracamy do portu. - Powiedziałem i zamieniłem mój miecz który trzymałem w ręku w pierścień.
-Wow! - Usłyszeliśmy dziewczęcy głos dobiegający od strony ulicy.

środa, 4 marca 2015

ROZDZIAŁ 6 WYSPA KARIENI

[VINI]

Gdy okręt nieprzyjaciela zniknął na horyzoncie, wróciliśmy na pokład naszego statku i ruszyliśmy dalej. Tylko tym razem towarzyszyła nam cisza. Bardzo dołująca i smutna. Nie mogę znieść tej ciszy. Ale nie wiem o czym mógłbym z kimś porozmawiać. Strata Funii bardzo boli. Była naszą przyjaciółką. Porwał ją nasz wróg, a my nie możemy nic zrobić żeby ją uwolnić. A teraz ona stała się naszym wrogiem. W jej ciało zostanie wszczepiony implant, który sprawi że zapomni o przeszłości i będzie żyła jak te potwory. Czy jest możliwość żeby ją uratować? Nie widzę takowej. Nie widzę żadnego promyczka nadziei, że jeszcze kiedyś stanie z nami tak jak dawniej. Straciliśmy ją. Straciliśmy ją na zawsze. Dopiero teraz to do mnie dociera. A minęły dwie godziny odkąd wsiedliśmy na okręt i coś ponad godzinę jak tu siedzę na tej beczce i rozmyślam, wpatrując się bezmyślnie w morze, z nadzieją że może za chwilę ona się z niego wyłoni i znów będziemy dziesięcioosobową drużyna.
-Vini! - Nico krzyknął mi do ucha. Oczywiście. Odciąłem się od świata i odpłynąłem daleko myślami.
-Co?
-Schodzimy na ląd.
-Czemu? Dotarliśmy już?
-Prawdopodobnie. Apolkiny wyczuwają tu Trójząb. Może to oznaczać dwie rzeczy. Albo on znajduję się tutaj. Albo dość długo był tu trzymany, a teraz znów jest gdzie indziej. Idziemy. - Wstałem i ruszyłem za wszystkimi. Cztery zwierzaki zostały na okręcie żeby go pilnować, a Polin i Kolczek ruszyły z nami.
-Jesteście pewni że to dobre miejsce?
-Tak. Czemu pytasz? - Nils odwrócił do niego głowę.
-Wygląda tak zwyczajnie. Niczym się nie wyróżnia.
-O to chodzi Harry. Żeby zwieść wroga. Gdybyś ty miał jakąś tajną bazę i chciałbyś ją ukryć przed całym światem to prawdopodobnie to miejsce by wyglądało tak. By nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Bo przecież nie był byś na tyle głupi żeby walnąć napis "Tu jest nasza tajna baza, nieupoważnionym wstęp wzbroniony"
-Ja nie. Ale oni tak. - Wszyscy spojrzeliśmy na Harry'ego, ten wskazał nam wielką tablicę zawieszoną ponad dwa metry nad ziemią.
-BAZA PIERWSZA: ODDZIAŁ C - Przeczytałem na głos. Podeszliśmy do drzwi. Była do nich przeczepiona metalowa trochę już zardzewiała tabliczka na której był napis wypłowiałymi czerwonymi literami "WSTĘP WZBRONIONY" - Wchodzimy nie? - Spytałem cicho.
-Tak. - Nico odpowiedział niepewnie.
-Ciekawe co nas tam czeka. - Powiedziała Loren.
-Nie mam pojęcia. Harry idziesz pierwszy.
-Czemu ja?
-Bo władasz ogniem. Rozświetlisz nam drogę. - Odpowiedziałem.
-Jasne.
-Nie trzęś portkami. Laski się nie boją a ty tak.
-Tobie łatwo mówić Jorge. Jesteś synem Hadesa Pana Podziemi, Ciemności. - Jorge tylko przewrócił oczami. Podszedł do drzwi. Nie ustąpiły jak chciał je otworzyć, więc szarpnął z całej siły. Gdy się otworzyły na oścież ze środka wyleciało stado nietoperzy. Gdy ostatni wyleciał Jorge wskazał ręką wejście.
-Nie jestem do końca przekonany co do tego pomysłu. - Powiedziałem.
-Czemu?
-Te drzwi były dość długo w zamknięciu. W dodatku w środku były nietoperze. A skoro drzwi były zamknięte, znaczy że dostały się tam inną drogą. Prawdopodobnie dachem który jest dziurawy, lub jakimś wybitym oknem. Nie uważasz że to dziwne?
-Trochę. Ale co możemy w takim razie zrobić?
-Nie wiem. Ale pomysł żeby tam schodzić - wskazałem na otwarte wejście do bazy spowite ciemnościami. - to nie najlepszy pomysł. Gdyby chcieli coś ukryć, schowaliby to głębiej, w jakimś bezpiecznym miejscu.
-Albo gdzieś blisko, wiedząc że wróg będzie myślał tak jak ty i będzie szukał głębiej niż z brzegu.
-Też tak może być. Ale ... Myślisz że tam coś znajdziemy?
-Nie dowiemy się dopóki nie sprawdzimy. - Wszyscy spojrzeliśmy z nieufnością i chyba lekkim strachem na tę ich bazę.
-No to w takim razie idziemy. - Powiedział Harry i sięgnął do swojego plecaka z którego wyjął dziewięć pochodni. - Spojrzałem na niego zdziwiony. - No co? Zrobiłem je kiedy tu płynęliśmy, a ty siedziałeś na beczce i udawałeś że cię niema. - Wyczarował w jednej dłoni płomienie i podpalił wszystkie pochodnie następnie dając je nam.
-Dobra pójdę pierwszy. - Powiedział Jorge. - Następnie Leonia, Polin, Harry, Olivia, Loren, Nils, Nico, Vini, Kolczek i Polin. Idziemy.
-Jak on kocha ciemności i podziemia. Zawsze jest taki podekscytowany. - Powiedziałem, a wszyscy się zaśmiali a Jorge strzelił szeroki uśmiech. Tak więc weszliśmy i zaczęliśmy schodzić schodami w dół. Gdy już zeszliśmy ścieżka się rozchodziła w dwie strony.
-Ja, Leonia, Harry, Olivia i Polin w prawo. Reszta w lewo. Nie rozdzielajcie się już później. Idziemy. - Powiedział Jorge.Tak więc skręciliśmy w lewo. Wchodziliśmy do każdego pomieszczenia jakie znaleźliśmy. Przeszukaliśmy każde z nich, ale nic ciekawego nie znaleźliśmy. Papiery, różne śmieci, dziwne maszyny.
-To są ostatnie drzwi. - Powiedział Nico i otworzył je. To pomieszczenie było inne. Panował tu porządek. Na środku stał duży metalowy stół, a na nim poukładane ładnie w sterty papiery, a nie to co w innych pomieszczeniach porozrzucane. Był również regał z książkami, który nie był połamany i wszystkie książki były na swoim miejscu. Nic ciekawego tutaj też nie znaleźliśmy.
-Nic niema. Dobra idziemy.
-Poczekaj.
-Co jest Nils? - Stał przy regale z książkami i wpatrywał się w niego.
-Tych książek nikt od dawna nie używał. - Zauważył Nico, który stał obok niego. - Wszystkie są zakurzone. Z wyjątkiem tej. - Powiedział i złapał ją. Ale nie dało jej się wyciągnąć. To była dźwignia. Regał przesunął się w lewo ujawniając nam tajną skrytkę. - Ja, Nils i Kolczek wchodzimy, wy zaczekajcie tutaj.
-Ale Jorge kazał nam się nie rozdzielać.
-A jak się zamknie przejście i nie będziemy umieli otworzyć go od tamtej strony to co zrobimy? A tak wy nam otworzycie. Pośpieszymy się. Będziemy ostrożni. Spokojnie. Wy też uważajcie na siebie. - Powiedział i weszli, a przejście zamknęło się za nimi. Po ponad godzinie usłyszeliśmy walenie w regał. Szybko wstałem i złapałem za właściwą książkę a przejście od razu się otworzyło.
-Spadamy stąd! - Krzyknął Nils i wraz z Nico i Kolczkiem wybiegli z pomieszczenia.
-Co się stało? - Spytałem biegnąc za nimi. Dopiero teraz zauważyłem że w rękach trzymają miecze ubrudzone krwią, a łapy Apolkina również nią ociekają.
-Wielkie pająki! - Wrzasnął Nils.
-I skorpiony!
-I było kilka Karienów!
-Karienów?! - Spytałem.
-Tak! To ich wyspa! Musimy stąd zwiewać!
-Jesteś pewny Nils?
-Tak! Ty drani bym wszędzie rozpoznał! Zabili mi ojca! Na moich oczach! Takich się nigdy nie zapomina! - Gdy dotarliśmy do schodów zatrzymali się. - Nie możemy tu zostać.
-Co?
-Nie mamy szans na przeżycie. Jeśli mielibyśmy czekać tu na resztę tamci zabiją nas wszystkich. Jeśli mielibyśmy pójść tam. To ... Nie wiemy w którą stronę skręcili jak są tam jakieś rozwidlenia. I też wszyscy zginiemy. W przypadku obu opcji narażamy resztę na niebezpieczeństwo. Najlepsze wyjście to wyjść na zewnątrz. Oni wiedzą tylko o naszej trójce. My postaramy się ich zgubić, a wy biegnijcie na statek. Wyślijcie jednego Apolkina żeby sprowadził resztę. Jeśli nie wrócimy w przeciągu dwóch godzin. Odpłyńcie bez nas ...
-Ale ...
-Nie przerywaj mi. To najlepsze wyjście. - Powiedział Nico i ruszył schodami na górę. - Vini! Jeśli zginę. Obejmij dowodzenie. - Powiedział i wraz z Nilsem i Kolczkeim pobiegli w stronę lasu, a my w stronę okrętu. Po jakiś trzech minutach z tunelu wypadła zgraja Karienów. W tym czterech siedziało na wielkich skorpionach. A dwóch na pająkach. Stali przez kilka sekund przed tunelem i w końcu ruszyli w pogoń za chłopakami.
-Uda im się. Musi się udać. Rafel biegnij po resztę. Sprowadź ich jak najszybciej. Mają dwie godziny. Jeśli w godzinę ani oni, a oni nie wrócą wypływamy. - Powiedziałem a on szybko ruszył do tunelu. Na całe szczęście Apolkiny są obdarowane niezwykłą prędkością. - Przygotujmy statek do odpływu. Po ponad godzinie z tunelu wybiegli wszyscy.
-Gdzie Nils i Nico? - Spytał Jorge.
-Gdzieś tam. - Wskazałem las.
-Jak to się stało?
-Przeszukiwaliśmy każde pomieszczenie. W każdym był niesamowity burdel. Ostatnie było idealnie czyste. Regał z książkami był cały zakurzony, prócz jednej książki, która okazała się być dźwignią. Znaleźliśmy tajne przejście. Nils, Nico i Kolczek tam weszli. Chcieliśmy iść z nimi. Ale powiedzieli że nie wiadomo czy od wewnątrz można otworzyć przejście i że mamy czekać. Wreszcie usłyszałem walenie w regał od drugiej strony. Wypadli jak oparzeni. Kazali uciekać. Wielkie pająki, skorpiony i Karieni. Nico powiedział że mamy biec na statek a potem sprowadzić was. Tamci wiedzą tylko o istnieniu tej trójki. Powiedzieli że odciągną ich od nas. I że jeżeli po dwóch godzinach nie wrócą, mamy odpłynąć.
-Ile im zostało? - Spytała Leonia.
-Mniej niż godzina. - Odpowiedziałem
-A dokładniej czterdzieści pięć minut. - Powiedziała Loren. Czekaliśmy w wielkim napięciu. A gdy w końcu minęły dwie godziny, oni wciąż się nie pojawiali na horyzoncie.
-Może powinniśmy jeszcze chwilę zaczekać? - Spytała Leonia.
-Nie. - Powiedziałem a wszyscy na mnie spojrzeli. - Chociaż chciałbym. To muszę powiedzieć że nie możemy dłużej czekać. Musimy płynąć dalej. Statek Widmo już dawno odpłynął i jest daleko. Tutaj czai się inny wróg. Karieni. Nils zna ich bardzo dobrze. Podejrzewam że opowiedział wszystko Nico. Obaj wiedzieli że nie mają szans na przeżycie. Poświęcili się by ratować nas.
-Ale kazał czekać. - Powiedziała Olivia.
-Powiedział tak, bo nie chciał pogodzić się z myślą że taki jest koniec. Albo chciał po prostu mieć pewność, że gdy naprawdę zrobi się niebezpiecznie odpłyniemy. Oni nas uratowali. Od samego początku pewnie wiedzieli że nie przeżyją. Uciekli z pola walki by nas ostrzec. By nas uratować i poświęcić siebie.
-Ale tak nie może być. Przepowiednia mówiła że wróci osiem osób. Nie siedem. I że to nie jest jego ostatnia misja.
-Przeznaczenie można zmienić Loren. - Powiedziałem ze smutkiem. - Odpływamy. - Powiedziałem i spojrzałem w stronę lasu. Statek zaczął się powoli oddalać, gdy już miałem się odwrócić zauważyłem jak z lasu wybiegają nasi towarzysze. A za nimi czarne z szarymi plamami dwumetrowe stwory z czerwonymi oczami. - Żyją. - Powiedziałem cicho z niedowierzaniem.
-Co? - Spytał smutno Harry.
-Oni żyją! - Krzyknąłem a wszyscy od razu podbiegli do mnie. - Dajcie liny! Szybciej! Zdążycie! - Po chwili wraz z Jorge i Harrym wiązaliśmy liny do barierki. A chłopaki wraz z Apolkinem biegli ile sił. Choć było widać że są zmęczeni i słabi. Może nawet ranni. Gdy byli już blisko rzuciliśmy im. Kolczek złapał w zęby linę a Harry zaczął go wciągać. Nils złapał linę którą rzucił Jorge i też zaczął być wciągany. Nico nie zdołał złapać liny którą mu rzuciłem. Szybko wciągnąłem ją i jeszcze raz rzuciłem. Tym razem złapał ale jeden ze stworów rzucił w niego mieczem i trafił w lewą łydkę. Szybko zacząłem go wciągać.
-Jesteście cali na szczęście! - Krzyknęła Leonia.
-Zdążyliście! Dzięki o Bogowie! - Krzyknęła zza sterów Loren.
-Nie powiedziałbym że jesteśmy cali. - Powiedział Nico wyciągając miecz z łydki. A Merlock zaczął robić mu opaskę uciskową i razem z Jorge zabandażowali mu nogę. - To nie jedyna rana. Ale najpierw zajmijcie się nimi. Ucierpieli bardziej. - Powiedział po czym zemdlał.
-Jak Nils? - Spytałem.
-Nieprzytomny. Zemdlał od razu jak go wciągnęliśmy. Ma dwie strzały wbite w plecy, jedną złamaną w prawym udzie. kilka ran ciętych na plecach, brzuchu i rękach. - Powiedział Harry.
-Apolkin ma pięć dziur po strzałach. Więc chłopaki chyba mu je wyciągnęli. A jak Nico. - Spytała Olivia. - Zdjąłem ostrożnie jego koszulę.
-Cztery dziury po strzałach i trzy złamane strzały w klatce. Liczne rany ciętę od mieczy na całym ciele. Pod pokład z nimi. Trzeba ich opatrzyć. - Powiedziałem.