sobota, 7 marca 2015

ROZDZIAŁ 8 SAFIRA

[SAFIRA]


Siedzę w metrze, znowu mam słuchawki na uszach, znów słucham głośno muzyki, że aż jakaś babcia która siedzi przede mną się odwraca i kręci głową. Dobrze że nie widzi mojej twarzy, mam arafatkę zawiązaną na szyi, granatową bluzę z dużym kapturem pod którym chowam twarz i czarną skórzaną kurtkę, do tego dopasowane ciemne dżinsy i czarne trapery. Patrząc za okno w szybie widzę jego stojącego obok mnie. Tak jak zawsze muzyka, która gra mi w uszach zagłusza go i przyćmiewa jego działanie. Odbiera mu kontrolę. Gdy słucham muzyki, śpiewam, albo tańczę on słabnie. Muzyka odbiera mu siły. Ale i tak ciągle czuję jego obecność, może do mnie przemówić, ale nie przejmie nade mną kontroli. Dlatego często jej słucham. Ale gdy ją wyłączam znów w głowie słyszę wyraźnie jego głos. Znowu może sprawować kontrolę nad moim ciałem. On jest niebezpieczny. Udowodnił to już wiele razy. Krzywdził mnie owszem. Przejmował kontrolę i zaczął walić głową w ścianę lub cokolwiek innego. Wiele było takich sytuacji. Wieleby można wymieniać. Ale jedno jest pewne. Nieważne jak mnie pokiereszuje. Nie zabije mnie. Zabijając mnie, zabije siebie. Będzie czekał wiele lat by się odrodzić, nie wiem dokładnie ile. Jeśli zginę z ręki innego człowieka, zwierzęcia, czy ze starości, lub z własnej głupoty, wtedy to na niego nie zadziała i przeniknie w inne ciało. Znajdzie sobie inny "kontener" jak to nazwał. Ale jeśli zginę z jego winy, to będzie czekał by powrócić, jest to swego rodzaju kara. Niewolno mu zabić swojego kontenera w którym jest pasażerem. Nie wiem czym on jest. Nie wiem co potrafi. Praktycznie mało o nim wiem. Bardzo mało mówi o sobie. A jak już mówi, to zazwyczaj się powtarza. Gdyby nie moi przyjaciele to bym zwariowała. W zasadzie przyjaźnimy się od małego, gdyż nasze mamy się przyjaźnią od dawna i w dodatku mieszkają blisko siebie. Pamiętam jak nam opowiadały o naszych ojcach.


-Od zawsze trzymałyśmy się w piątkę. Pewnego dnia byłyśmy w parku i nagle nie wiadomo skąd przyszło pięciu wspaniałych mężczyzn. Oczarowali nas. Spotykaliśmy się z nimi wiele razy. Zakochaliśmy w sobie. Każda z nas, zakochała się w jednym z nich. Było wspaniale. Ale pewnego dnia zniknęli. Kilka dni później dostałyśmy od nich listy. "Przepraszam, że tak nagle musieliśmy wyjechać. Nie mieliśmy wyboru. Musieli nas odesłać. Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze się spotkamy, ale mam nadzieję że tak." Każdy napisał to samo. Później pojawiali się pojedynczo na kilka dni. Każdy z nich zjawił się dwa razy podczas ciąży, na narodziny swojego dziecka. trzy razy w ciągu roku i na pierwsze urodziny. I później już się nigdy więcej nie pokazali. Nie wiadomo co się z nimi stało. Tak się cieszyli z was. Gdybyście ich widzieli. Byli tacy szczęśliwi. Radość emanowała od nich na kilometr. Chciałabym wiedzieć co się z nimi stało. - Tak mówiła każda z naszych mam.


Ile razy słyszałam tę opowieść? Niewiele. Mamy nie chcą zbytnio o tym rozmawiać. To drażliwy temat. Osoby które kochały odeszły bez słowa. Rozpłynęły się w powietrzu. Puf! Niema.

Chciałabym wiedzieć kim jestem. Chciałabym wiedzieć czemu mam jego w głowie. Raz mu się wymsknęło że jestem inna od wszystkich. Ja i pozostała szóstka. Jesteśmy inni, wyjątkowi. Ale gdy spytałam co miał na myśli, milczał. Nie powiedział nic więcej. O co mu chodziło nie mam pojęcia. Powiedział mi jeszcze tylko że kiedyś się dowiem. Jak przyjdzie czas. Spotkam ojca. Dowiem się kim jestem. Powiedziałam mu wtedy że, tak ale dopiero po śmierci. Jego odpowiedź mnie zdziwiła. Za życia go spotkasz. A masz przed sobą bardzo długie życie. Dało mi to wiele domyślenia. Ale to było parę lat temu. Miałam wtedy dziewięć lat. Teraz mam prawie piętnaście. Tak dla wyjaśnienia imię jego brzmi Axel.

To on prowadził mnie przez całe moje życie. Rodzicom sprawiam duży problem wychowawczy. Tracę kontrolę, staję się nie do wytrzymania. A nie mogę powiedzieć rodzicom że w mojej głowie ktoś sobie mieszka. Wzięliby mnie za wariatkę. Wysłali do psychiatryka. Resztę życia spędziłabym zamknięta w zakładzie dla umysłowo chorych. Albo inna opcja. On by mi coś zrobił gdybym komuś powiedziała. Wiele razy słyszałam jego groźby. Jak go nie posłuchałam, wypełniał je. On nienawidzi sprzeciwu. Ale wie również że ja zawsze stawiam na swoim. Więc jakoś udało nam się dojść do kompromisu wiele razy, ale nie zawsze.

Chcielibyście pewnie mnie poznać co? Jak na razie nawijam i nawijam a nawet mojego imienia nie znacie. Nazywam się Safira Darkness. Kilka ciekawostek z mojego życia? Już powiedziałam. Mogę przedstawić kilka krótkich historii z mojego życia.


-Axel czemu mi to robisz?
-Bo tak jest zabawnie.
-Odczep się wreszcie. Odejdź.
-Nie mogę. Wiesz że nie mogę tego zrobić. Bo jak to zrobię zginiesz.
-Obiecaj mi coś.
-Zależy co.
-Będziesz mnie chronił. Pilnował mojego bezpieczeństwa. I pozwolisz mi w przyszłości spełniać moje marzenia, bez sprzeciwu.
-A co ja będę za to miał?
-Mnie. - Powiedziałam z wielkim bólem serca do niego w myślach.
-Kusząca propozycja. Ale to mało.
-Mało? Będziesz miał mnie, na własność.
-Kiedy ze chcę?
-Kiedy zechcesz. - Powiedziałam a po moich policzkach spłynęło kilka samotnych łez.
-Więc zgoda. - Powiedział i uformował swoje ciało fizycznie, tak że każdy mógł go zobaczyć. Sam mógł zrobić coś takiego tylko cztery razy w każdym roku. Mógł też to zrobić na moją prośbę. Jeśli poproszę by uformował ciało, zrobi to pomimo tego nawet że już cztery razy to zrobił. Więc stał teraz przede mną ubrany w czarne dżinsy, czerwoną koszulkę, jasną dżinsową kamizelkę i trampki. - Zabawimy się? - Spytał w moim umyśle. Nie miałam nic do gadania. Zgodziłam się na to. Umowa, to umowa. Na zawsze jego. Na zawsze dla niego. Więc z wielką niechęcią kiwnęłam głową. I tak nie mam nic do gadania. Wolę zrobić to dobrowolnie, niż miałby on sterować moim ciałem. Podszedł do mnie bliżej i klęknął przede mną. - Nie opieraj się. To przecież nic takiego wielkiego. Ścierpiałaś wiele. Zasługujesz na odrobinę przyjemności. Daj się ponieść chwili, emocją. Nie każ mi kierować tobą. Daj się ponieść rozkoszy. - Mówiąc to rozpiął moją koszulę i zaczął zsuwać ją z moich ramion. Nie poruszałam się. Wciąż siedziałam tak samo, jak wcześniej. Nie chciałam żeby przejął nade mną kontrolę, ale nie mogłam zmusić się do ruchu. Zacisnęłam z całej siły oczy i zasłoniłam twarz dłońmi. Axel westchnął poirytowany. - Naprawdę mam cię zmusić? Mam cię kontrolować? - Nie ruszyłam się przez chwilę po czym pokręciłam głową na nie. - Więc? - Spytał i czekał.Wtedy zrobiłam coś czym zaskoczyłam jego, a przede wszystkim siebie. Pochyliłam się do przodu zmieniając pozycję z siedzącej do klęczącej, zarzuciłam mu ręce na szyję i wpiłam się w jego usta. Przez chwilę nie zrobił nic, był zszokowany, ale już w następnej chwili oddawał pocałunek. Moje ręce powędrowały na jego ramiona zsuwając jego kamizelkę na ziemię. Nie był mi dłużny i pozbawił mnie mojej białej bokserki i zabrał się za rozpinanie mi spodni. Ja w tym czasie zdjęłam jego koszulkę. Cały czas powstrzymywałam się od odsunięcia od niego. Ale on zrobił to pierwszy tylko po to żeby wstać i pociągnąć mnie za sobą, zsunął moje spodnie do końca i położył na materacu który leżał w koncie w tych ruinach. Chwilę później on też nie miał już na sobie spodni. - Spokojnie. Będzie dobrze. Odpręż się. Zrelaksuj się. - Mówił do mnie. Zamknęłam oczy by się odprężyć. Poczułam jego dłonie na moim ciele rozpiął mi stanik i odrzucił gdzieś w bok, następnie ściągnął mi majtki. Wtedy otworzyłam oczy. Patrzył mi prosto w oczy. - Nie bój się. - Szepnął i wszedł we mnie. Zacisnęłam swoje dłonie na jego plecach z całej siły. Ból był okropny. Ja przecież mam dwanaście lat! Poczekał aż się dostosuję i zaczął się poruszać. Ból był niemiłosierny, ale po jakimś czasie przyćmiła go przyjemność. Było cudownie. Chcąc nie chcąc muszę to przyznać. Po wszystkim położył się obok mnie, a ja się w niego wtuliłam, - Nie było tak źle kochanie, prawda? Wiem że ci się podobało. Czułem to. Czuję wszystko to co czujesz ty. Bolało aż tak mocno?
-Z początku tak. Ale później ... później było ... było ... niesamowicie. - Uśmiechnął się.
-Słoneczku mojemu się podobało? Więc będę znikał.
-Zostań ze mną. Proszę. - Nic nie powiedział. Otulił mnie tylko ramieniem przyciągając bliżej siebie. Zanim zasnęłam usłyszałam jeszcze jego głos.
-Zawsze tu będę dla ciebie. Będę cię bronić jak obiecałem. Ze mną jesteś bezpieczna promyczku.


Jedna z wielu historii z mojego życia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam że muzyka aż tak na niego działa. Dowiedziałam się tego pięć miesięcy później. Po kolejnych czterech miesiącach wygrałam program muzyczny. Podpisałam kontrakt. Jestem piosenkarką. Daję koncerty. Szaleję na scenie. Mam tysiące fanów i fanek. Tańczę, śpiewam, wygłupiam się. A Axel wtedy siedzi cicho w mojej głowie. Nieraz rzuca jakieś komentarze, przez co mam ochotę wybuchnąć śmiechem albo po prostu się załamać. Wczoraj minęły dwa lata odkąd śpiewam na scenie.

-Słoneczko mamy problem.
-Jaki problem?
-Wsiadły tu potwory.
-Co? - Zaśmiałam się. - Weź nie żartuj okej?
-Musimy wysiąść.
-Nie.
-Tak. Musimy. Chcesz żyć? Obiecałem ci chronienie cię. Więc rób co karzę. Wysiadamy na następnym. Niezauważeni. Najlepiej w ostatnim momencie, żeby już nikt inny nie zdążył wysiąść za tobą. Wyłącz muzykę proszę. - Przewróciłam oczami ale zrobiłam to o co prosił. I nagle poczułam że straciłam kontrolę. Przejął władzę nad moim ciałem. W ostatniej chwili wyskoczył na peron. Zaczął biec przez peron, następnie po schodach. Wybiegł w miasto. Szliśmy ulicą w jednym z zaułków stała grupa dzieciaków w rękach trzymali miecze. Jeden zrobił dziwny gest dłonią w której trzymał miecz, a on zmienił się w pierścień na jego palcu.
-Wow! - Krzyknęłam a oczy wszystkich skierowały się w moją stronę. - Jak to zrobiłeś?
-Widziałaś to?  - Spytał chłopak o czarnych włosach i opalonej skórze. Wciąż jeszcze trzymał miecz w dłoni. Podniósł go do góry. - Widzisz go? - Spytał.
-Miecz? Tak.
-Jest jedną z nas. - Powiedział inny chłopak o brązowych włosach, znacznie niższy od poprzedniego. Pewnie dlatego że jest młodszy. - Jestem Nico. A to są moi przyjaciele. Loren, Leonia, Olivia, Nils, Sangvini, Jorge, Merlock i Harry. Oraz Figlak i Rafel. - Powiedział wskazując po kolei wszystkich.
-Jestem Safira.
-Miło cię poznać. To co powiem pewnie wyda ci się dziwne, ale musisz iść z nami. Twoje życie nie jest takie za jakie je bierzesz.
-Posłuchaj ich. Nie masz się co obawiać. - Odezwał się Axel w mojej głowie.
-Zgoda. Pójdę z wami. Ale powiedzcie mi o co chodzi.
-Ale nie tutaj i nie teraz musimy zwiewać. Idziemy! - Krzyknął i wszyscy ruszyli, a ja wraz z nimi. Weszłam wraz z nimi na okręt, a dziewczyna imieniem Loren stanęła za sterami. Co jak co ale mam pamięć do twarzy i imion.


[JORGE]


-Dziewczyna wygląda na miłą, normalną dziewczynę. Jeśli herosów można nazwać normalnymi. - Powiedział Vini kończąc tym samym dyskusję z Harrym. - Chodź Nico. Trzeba jej opowiedzieć trochę.
-Wiem. Staram się wam to powiedzieć od dobrych dziesięciu minut. - Powiedział i ruszyli w jej kierunku, a ja za nimi.
-Więc. Od czego by tu zacząć. - Powiedział siadając naprzeciwko niej na podłodze, a Vini zajął miejsce obok nich. Ja stanąłem obok, opierając się plecami o barierkę.
-Najlepiej od początku. - Powiedziała z uśmiechem.
-Jesteś Herosem. - Powiedział a ona spojrzała na niego jak na debila. - Półbogiem. Dzieckiem Boga Olimpijskiego i Śmiertelnika. Znasz pewnie mitologię?
-Coś tam o niej słyszałam.
-Wszystko to jest prawdą. Bogowie istnieli, istnieją i będą istnieć wiecznie. Co jakiś czas schodzą na ląd i mają przelotne romanse ze Śmiertelnikami z którymi mają później dzieci. Większość Herosów w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego kim jest. Ale to jest prawda. Sam dowiedziałem się że jestem Herosem dwadzieścia jeden dni temu dokładnie. Zabierzemy cię do naszej osady w której żyjemy. Jest bezpiecznym miejscem. Żaden potwór się tam nie dostanie. Nikt niepowołany tam nie wejdzie. Do osady wejść mogą tylko ci którzy mają Boskiego rodzica, oraz Satyrzy, Centaury, Nimfy i Driady. Więcej wyjaśni ci Korin.
-Czyli co? Kurs na osadę? - Spytał Vini.
-Nie. My bierzemy kurs na zatoczkę. A Jorge przeniesie się wraz z Safirą do Osady. - Nico spojrzał na mnie i wstał. - Wybacz Jorge, ale musisz nas opuścić. Resztę drogi pokonamy sami. Ona musi się jak najszybciej pojawić w Osadzie i porozmawiać z Korinem.
-Jasne. Szkoda że nie dotrwam do końca tej misji. Ale ta misja poboczna też jest super.
-To się cieszę. Naprawdę przykro mi że musisz nas opuścić. Widzimy się za kilka dni.
-Do zobaczenia. - Powiedziałem do nich. - Chwyć mnie za rękę.
-Po co?
-Jak mnie złapiesz to zobaczysz. - Powiedziałem, a ona niepewnie chwyciła moją dłoń. Po chwili znajdowaliśmy się w Osadzie przed Domkiem Dyrektora. - Witaj w Osadzie Gamma. Chodź. - Powiedziałem i podeszliśmy pod drzwi a ona podziwiała otoczenie. Zapukałem. Po chwili otworzył nam Korin. - Cześć Korinie.
-Jorge! Już wróciliście?
-Jeszcze nie. Spotkaliśmy ją po drodze. Więc postanowiliśmy jak najszybciej przyprowadzić ją do ciebie. Reszta popłynęła dalej.
-Rozumiem. Wejdź proszę. - Powiedział do niej i odsunął się by mogła przejść.
-Poczekam tu na ciebie by cię oprowadzić.

piątek, 6 marca 2015

ROZDZIAŁ 7 ODZYSKANIE

[NICO]


Gdy się obudziłem byłem cały obolały. Jęknąłem i powoli otworzyłem oczy.
-Obudziłeś się. Wreszcie. Hej! Obudził się. - Krzyknęła a po chwili wszyscy byli już przy mnie.
-Loren?
-Tak.
-Co się stało?
-Razem z Nilsem walczyliście z paro nastoma, a może i nawet więcej Karienami.
-Nils! - Podniosłem się nagle. - Co z nim?
-Spokojnie. Leż. Wszystko z nim w porządku. Ma się dobrze. Obudził się wczoraj. Ale ma problemy z mówieniem. Boli go gardło. Teraz śpi. Jest u siebie. Obaj musicie odpoczywać. - Powiedziała i z jej pomocą położyłem się z powrotem.
-Jak długo byłem nieprzytomny?
-Pięć dni.
-Nieźle nas załatwili. Nie dziwię się że Nils nie może mówić.
-Co się tam tak właściwie stało?
-Jak pewnie wiesz razem z Nilsem i Kolczkiem ... No własnie co z nim?
-Nie przeżył. Udało nam się go utrzymać trzy dni przy życiu. Ale był nieprzytomny i bardzo słaby.
-Szkoda. A chroniłem go jak tylko potrafiłem. Nils także. Wracając do tematu. Poszliśmy tam tym tajnym przejściem. Do większości pomieszczeń nie mogliśmy się dostać. Tam był istny labirynt. Trafiliśmy do laboratorium. Zauważyli nas. Wezwali pomoc i zaczęli z nami walczyć. Tę trójkę pokonaliśmy. Poszperaliśmy trochę. Zabraliśmy parę rzeczy, które wydawały nam się dziwne, podejrzane, przydatne. Jakieś dokumenty. A później ze wszystkich czterech wejść do laboratorium wpadli oni. Karieni. Ośmiu na wielkich pająkach, Ośmiu na wielkich skorpionach. I dwudziesty normalnie. Zabiliśmy sześć pająków i cztery skorpiony wraz z tymi którzy na nich siedzieli. Oraz zabiliśmy dziesięciu z mieczami i toporami. Zaczęliśmy się ewakuować. Wybiegliśmy stamtąd. Gonili nas. Strzelali. Drogę przecięła nam banda piętnastu Karienów. Musieliśmy znaleźć inną drogę. Kilku było szybkich i zwinnych. Dogonili nas, a nawet przegonili. Więc musieliśmy z nimi walczyć. Zabiliśmy ośmiu. Udało nam się znaleźć inną drogę. Mieliśmy sporą przewagę bo wysadziłem mury. Sufit się zawalił i kilku zgniótł. Zaczęliśmy się dobijać by nam otworzyli przejście. Jak tylko to zrobili wystrzeliliśmy stamtąd jak burza krzycząc by wszyscy uciekali. Oboje już tam w tym labiryncie mówiliśmy o tym. Że musimy zostać przynętą by was uratować. Widzieli tylko nas. Czuli tylko nasz zapach. Dlatego tak postąpiliśmy. Później uciekliśmy do lasu. Tam wpadliśmy na mały bo pięcioosobowy oddział. Pokonaliśmy ich szybko zabraliśmy ich bronie. Pobiegliśmy dalej bo już nas doganiali. Stoczyliśmy tam z nimi walkę. Pokonując połowę piechoty i tych dwóch na pająkach wraz z tymi bestiami. Wzywali kolejne posiłki. Zaczęliśmy znów uciekać. Gdy wiedzieliśmy że są daleko, a przebiegaliśmy obok jakiejś chatki wpadliśmy do niej. Na szczęście była pusta. Szybko ją przeszukaliśmy zabierając parę rzeczy. Napiliśmy się wody i zabraliśmy po dwa owoce jedzące je szybko w biegu dalej uciekając. Przebiegliśmy przez krzaki i spadliśmy z klifu do rzeki. Wyszliśmy na drugim brzegu. Oni byli daleko i wysoko. Wiedzieliśmy że trochę i zajmie zejście. Ale wiedzieliśmy również że po tej stronie też możemy spotkać innych. Zaczęliśmy dalej biec. Nils się potknął i sturlaliśmy się z górki. Wpadliśmy do chatki. Szybko wstałem bo jeden z nich był w środku. Ale szybko go pokonałem. Nils nie mógł nic powiedzieć, bolało go gardło. Uderzył się z całej siły krtanią w coś. I to kilka razy. Nie wiem jak to wyszło. Poobijani chwiejnym krokiem wyszliśmy z tego domku obijając się o meble. Znaleźliśmy most więc przebiegliśmy na drugą stronę. Biegliśmy lasem w stronę plaży. Przez chwilę mieliśmy spokój. Ale później wpadliśmy  na większą grupę Karienów. Stoczyliśmy tam krótką walkę pokonując paru. Może połowę. Nie wiem. I zaczęliśmy uciekać. Wybiegając z lasu zauważyliśmy że wy już odpływacie. Więc się szybko sprężyliśmy i zdążyliśmy. No a w między czasie mocno oberwaliśmy. Dajcie mi wody.
-Jasne już idę. - Powiedział Harry i wyszedł.
-Coś ciekawego się działo?
-Nie. Mieliśmy spokojny rejs. Karieni na szczęście nas nie gonili. - Powiedział Vini.
-To dobrze.
-Proszę. - Powiedział Harry wracając z butelką wody.
-Dzięki. - Wypiłem całą butelkę.
-A teraz odpoczywaj. - Powiedziała Leonia.
-Już dosyć się na odpoczywałem.
-Byłeś nieprzytomny. To inna sprawa. Człowieku ty zemdlałeś.
-Wiem co zrobiłem. Byłem słaby. Ale już mi lepiej.
-Nico posłuchaj się jej. Ona ma rację. Musisz odpoczywać. Masz ciężkie rany. Ostrza które was trafiały były zatrute. Jesteś osłabiony. W takim stanie na nic się nie zdasz. Dzięki temu że kilka grotów strzał tkwiło w waszych ciałach, bo jak teraz już wiemy strzały połamały się przy upadku, dzięki temu właśnie udało nam się przygotować odtrutkę. - Powiedziała Loren. - Sam Apollo do nas przyszedł by nam pomóc was wyleczyć.
-Nie jest zły że stracił przez nas córkę?
-Nie. Wierzy że jeszcze ją ujrzymy. Jest silna. Nie da się tak łatwo.
-Ale nie można od tak opuścić statku widmo.
-No niby tak. Ale Apollo wierzy że jeszcze ją ujrzymy. - Odpowiedział mi Jorge. - A teraz odpoczywaj. - Po tych słowach wszyscy opuścili moją kajutę. Przez dłuższy czas leżałem rozmyślając. Nawet nie wiem w którym momencie zasnąłem. Gdy się obudziłem było cicho. Jedyne co dało się usłyszeć w tej ciszy to lekki szum fal. Wyszedłem z kajuty i schodami  wyszedłem spod pokładu. Świat właśnie się budził po nocy, a ja poszedłem na dziób okrętu podziwiając wschód słońca.
-Tyle się wydarzyło odkąd dowiedziałem się że jestem herosem. A minęło ile? Osiemnaście dni. Jak tak wiele, może wydarzyć się w tak krótkim czasie? Czy to w ogóle możliwe? Słyszałem opowieści jak straszne rzeczy dzieją się na misjach. Można się spodziewać wszystkiego. Tym bardziej teraz. W dawnych czasach aż tak groźnie nie było. Ale tak jak mi opowiadali. Wiele obcych nacji, ras, stworów, czy jak ich tam zwał zamieszkało na ziemi. I walczą z nami, bo jesteśmy najsilniejszymi istotami tej planety. Chociaż słabszych też atakują. Śmiertelników. Wiele razy w wiadomościach mówili i pisali o tajemniczych zniknięciach, atakach. Nikt nie wie co to jest. Ale ja wiem. I wiedzą inni herosi. Ale to za mało. Nas jest zbyt mało byśmy mogli stawić im czoła. A dla nich i tak jesteśmy za słabi. Osiemnaście dni. Jak to szybko minęło. Ciekawe co się ciekawego dzieje w osadzie?
-Można do nich zadzwonić przy śniadaniu. - Odwróciłem się. W wejściu pod pokład stał Vini.
-Cześć Vini.
-Cześć Nico.
-Długo tu stoisz?
-Tylko chwilę. Usłyszałem ostatnie trzy zdania. To prawda. Jak szybko czas potrafi płynąć. Ale dzieje się tak tylko na początku, bo przystosowujesz się do nowego życia. Za jakiś czas wszystko będzie ci się dłużyło. Bo jak już pewnie słyszałeś życie herosa jest bardzo długie. Więc tak jak teraz wszystko wręcz ci umyka, tak za jakiś czas, za parę lat wszystko będzie ci się zdawało ciągnąć w nieskończoność.
-Obie opcje nie brzmią za dobrze. - Vini wzruszył ramionami i podszedł i stanął obok mnie opierając się o barierkę i zapatrzył się w wschodzące słońce. Po chwili nie odrywając wzroku od wschodu zaczął mówić.
-Takie już jest nasze życie. Dziwne, niespodziewane, owiane tajemnicą, grozą, niebezpieczne i pełne przygód, ciekawych a czasem bardzo tajemniczych a nawet mrocznych przygód. Ochrona Śmiertelników jest naszym zadaniem zleconym przez Bogów. To oni nas stworzyli i to im mamy służyć. A jako że oni są panami ludzi. A my jesteśmy potomkami obu stron. Bo jesteśmy Półbogami naszym zadaniem jest ochrona tego co jest ich dziełem. Tego bez czego ten świat przestanie istnieć. Ochrona Ludzi, Śmiertelników, którzy nie wiedzą jakie zło skrywa ta planeta.
-Tak. Najważniejsze to odzyskać Trójząb. Bo będący w niepowołanych rękach może wywołać wielkie szkody.
-To prawda. To jest teraz naszym priorytetem. - Powiedział i przez dłuższą chwilę oboje milczeliśmy.
-Nie powinieneś wstawać z łóżka. - Odwróciłem głowę, właśnie podchodziła do nas Leonia. Przewróciłem oczami.
-Nie będę cały czas leżał w łóżku. Mam już dość leżenia i spania. Czuje się świetnie. - Powiedziałem zgodnie z prawdą.
-Jeszcze wczoraj byłeś cały obolały.
-Ale dziś już nic mnie nie boli. Mówię serio. - Powiedziałem gdy spojrzała na mnie wzrokiem "Akurat. Bo uwierzę."
-Jest w tobie coś dziwnego. Już to wcześniej zauważyłem. Założę się że Nils także to zauważył.
-Co takiego? - Spytałem przenosząc wzrok z Leoni na Sngviniego.
-Nie mam pojęcia co dokładnie. Ale jest w tobie coś co nie daje mi spokoju. Masz w sobie wielką moc. Która może okazać się bardzo niebezpieczna i zarazem bardzo użyteczna. Naprawdę jestem bardzo ciekawy kim jest twój Boski Rodzic.
-Też jestem ciekaw. Czemu nie chce mi się ujawnić? Czemu nie da żadnego znaku?
-Może daje znaki tylko ty ich nie widzisz. Albo nie chcesz widzieć. - Powiedziała Leonia.
-Co ty wygadujesz? - Chciała coś powiedzieć ale w tym momencie spod pokładu wybiegł Jorge.
-Apolkiny mówią że Trójząb został przeniesiony. Stracili jego trop.
-A co z złodziejem? - Spytałem.
-Również zniknął.
-To co teraz robimy? - Spytała dziewczyna.
-Są dwa wyjścia. Albo zawracamy. Ale popłyniemy tam gdzie się cały czas kierowaliśmy. Czy Apolkiny potrafiły by wskazać nam miejsce w którym jeszcze przed chwilą był Trójząb i złodziej?
-Tak bylibyśmy w stanie. - W mojej głowie odezwał się Azor.
-A wskażecie?
-Jasne. Będę kompasem Loren. - Powiedział z uśmiechem.
-Dziękuję. - Powiedziałem, a on zamerdał ogonem.
-Pójdę ją obudzić. - Powiedziała Leonia i po chwili zniknęła pod pokładem.
-A co z resztą? - Spytał Jorge.
-Niech śpią. Na razie nic się dzieje. Jeśli chcecie to też idźcie jeszcze spać.
-Ja zostanę z tobą. - Powiedział Vini.
-A ja pójdę się jeszcze kimnąć. - Powiedział Jorge i ziewnął.
-Chyba Azor wyrwał go ze snu.
-To akurat nie byłem ja. To był Figlak.
-Ma za dużo energii ten zwierz. - Powiedziałem i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. A Jorge zszedł pod pokład do siebie.

Po trzech dniach dopłynęliśmy na stały ląd gdzie przebywał Zurych wraz z Trójzębem. Właśnie dobijaliśmy do jednego z portów w Wielkiej Brytanii. Była noc więc nikt nas nie widział.
-Polin, Nurek i Azor wy zostańcie. Pilnujcie statku. Nikogo nie wpuszczajcie na pokład. - Powiedziałem i całą dziewiątką, raczej powinienem powiedzieć jedenastką bo były z nami dwa Apolkiny zeszliśmy na ląd. Szliśmy krętymi uliczkami miasta. Okazało się że w jednym ślepym zaułku jest tajne przejście Zurychów. Prowadziło głęboko pod ziemię. Schodziliśmy kolejnymi krętymi schodami mając w rękach pochodnie. I mam złe przeczucia. W końcu schody się skończyły a przed nami był wielki tunel a na jego końcu widać było światło. Nie mieliśmy innego wyjścia niż iść w tym kierunku. Gdy wyszliśmy z tunelu przed oczami stanęło nam podziemne miasto oświetlone licznymi pochodniami.
-Wooow - Powiedział Jorge i wielki uśmiech pojawił się na jego twarzy.
-Pamiętaj jesteśmy tu po to by odebrać to co skradziono i ukarać złodzieja.
-Tak jasne. - Powiedział rozglądając się po okolicy. Zdawało mi się jakby moje słowa w ogóle do niego nie dotarły.
-Figlak wiesz w którą stronę należy się kierować?
-Tak. Chodźcie za mną. Bądźcie ostrożni.
-Idziemy. - Powiedziałem i ruszyliśmy za Apolkinem.
Droga była długa. A Apolkiny przeprowadzały nas przez istny labirynt a nie miasto. Ale w końcu wskazały budynek w którym jest Trójząb.
-Doskonała robota. - Powiedziałem.
-Jest położony na jednym z wyższych pięter. Podejrzewam że albo na ostatnim lub przedostatnim.
-Dzięki. Wchodzimy. - Powiedziałem i najciszej jak potrafiliśmy weszliśmy do tego wielkiego budynku. Szliśmy pustym holem. Wychyliłem się za róg i od razu cofnąłem i przyległem do ściany. - Uwaga. - Szepnąłem. A wszyscy zrobili dokładnie to samo co ja przylegli do ścian udając że nas tu niema. Dwaj Zurychy przeszły nie zauważając nas. Po chwili gdy miałem pewność że już odeszli. Pobiegłem na schody a reszta za mną. Chcieliśmy wejść na przedostatnie piętro ale Apolkiny wyczuły że zbliża się co najmniej dziesięciu Zurychów więc weszliśmy piętro wyżej. I zaczęliśmy ostrożne poszukiwania. Sprawdziliśmy większość pomieszczeni ale nic nie znaleźliśmy. Właśnie staliśmy przed kolejnymi.
-Wyczuwam tam trzech Zurychów. W tym złodzieja. I Trójząb.
Zrobiliśmy szybką akcję. Weszliśmy do środka pokonaliśmy wroga. Upewniliśmy się że są martwi. Merlock powiedział że zabierze ze sobą głowę złodzieja. Nie mam pojęcia po jasną cholerę mu to. Ale Apolkiny wskazały mu właściwego trupa. Zabraliśmy Trójząb i wyszliśmy. Tak szybko jak weszliśmy do tego budynku, tak szybko z niego wyszliśmy. Schowaliśmy się między jakimiś budynkami gdzie było ciemno wszyscy chwyciliśmy się za ręce, a Apolkiny oczywiście za łapy złapaliśmy. A Jorge przeniósł nas cieniem do zaułka w którym było przejście pod ziemię,
-Nie możemy paradować po mieście z Trójzębem. - Powiedziałem.
-Daj mi to. - Powiedziała Lorem biorąc go do rąk. Wypowiedziała coś a Trójząb zmalał i wręczyła mi go z powrotem, a ja wrzuciłem go do torby.
-Dobra wracamy do portu. - Powiedziałem i zamieniłem mój miecz który trzymałem w ręku w pierścień.
-Wow! - Usłyszeliśmy dziewczęcy głos dobiegający od strony ulicy.

środa, 4 marca 2015

ROZDZIAŁ 6 WYSPA KARIENI

[VINI]

Gdy okręt nieprzyjaciela zniknął na horyzoncie, wróciliśmy na pokład naszego statku i ruszyliśmy dalej. Tylko tym razem towarzyszyła nam cisza. Bardzo dołująca i smutna. Nie mogę znieść tej ciszy. Ale nie wiem o czym mógłbym z kimś porozmawiać. Strata Funii bardzo boli. Była naszą przyjaciółką. Porwał ją nasz wróg, a my nie możemy nic zrobić żeby ją uwolnić. A teraz ona stała się naszym wrogiem. W jej ciało zostanie wszczepiony implant, który sprawi że zapomni o przeszłości i będzie żyła jak te potwory. Czy jest możliwość żeby ją uratować? Nie widzę takowej. Nie widzę żadnego promyczka nadziei, że jeszcze kiedyś stanie z nami tak jak dawniej. Straciliśmy ją. Straciliśmy ją na zawsze. Dopiero teraz to do mnie dociera. A minęły dwie godziny odkąd wsiedliśmy na okręt i coś ponad godzinę jak tu siedzę na tej beczce i rozmyślam, wpatrując się bezmyślnie w morze, z nadzieją że może za chwilę ona się z niego wyłoni i znów będziemy dziesięcioosobową drużyna.
-Vini! - Nico krzyknął mi do ucha. Oczywiście. Odciąłem się od świata i odpłynąłem daleko myślami.
-Co?
-Schodzimy na ląd.
-Czemu? Dotarliśmy już?
-Prawdopodobnie. Apolkiny wyczuwają tu Trójząb. Może to oznaczać dwie rzeczy. Albo on znajduję się tutaj. Albo dość długo był tu trzymany, a teraz znów jest gdzie indziej. Idziemy. - Wstałem i ruszyłem za wszystkimi. Cztery zwierzaki zostały na okręcie żeby go pilnować, a Polin i Kolczek ruszyły z nami.
-Jesteście pewni że to dobre miejsce?
-Tak. Czemu pytasz? - Nils odwrócił do niego głowę.
-Wygląda tak zwyczajnie. Niczym się nie wyróżnia.
-O to chodzi Harry. Żeby zwieść wroga. Gdybyś ty miał jakąś tajną bazę i chciałbyś ją ukryć przed całym światem to prawdopodobnie to miejsce by wyglądało tak. By nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Bo przecież nie był byś na tyle głupi żeby walnąć napis "Tu jest nasza tajna baza, nieupoważnionym wstęp wzbroniony"
-Ja nie. Ale oni tak. - Wszyscy spojrzeliśmy na Harry'ego, ten wskazał nam wielką tablicę zawieszoną ponad dwa metry nad ziemią.
-BAZA PIERWSZA: ODDZIAŁ C - Przeczytałem na głos. Podeszliśmy do drzwi. Była do nich przeczepiona metalowa trochę już zardzewiała tabliczka na której był napis wypłowiałymi czerwonymi literami "WSTĘP WZBRONIONY" - Wchodzimy nie? - Spytałem cicho.
-Tak. - Nico odpowiedział niepewnie.
-Ciekawe co nas tam czeka. - Powiedziała Loren.
-Nie mam pojęcia. Harry idziesz pierwszy.
-Czemu ja?
-Bo władasz ogniem. Rozświetlisz nam drogę. - Odpowiedziałem.
-Jasne.
-Nie trzęś portkami. Laski się nie boją a ty tak.
-Tobie łatwo mówić Jorge. Jesteś synem Hadesa Pana Podziemi, Ciemności. - Jorge tylko przewrócił oczami. Podszedł do drzwi. Nie ustąpiły jak chciał je otworzyć, więc szarpnął z całej siły. Gdy się otworzyły na oścież ze środka wyleciało stado nietoperzy. Gdy ostatni wyleciał Jorge wskazał ręką wejście.
-Nie jestem do końca przekonany co do tego pomysłu. - Powiedziałem.
-Czemu?
-Te drzwi były dość długo w zamknięciu. W dodatku w środku były nietoperze. A skoro drzwi były zamknięte, znaczy że dostały się tam inną drogą. Prawdopodobnie dachem który jest dziurawy, lub jakimś wybitym oknem. Nie uważasz że to dziwne?
-Trochę. Ale co możemy w takim razie zrobić?
-Nie wiem. Ale pomysł żeby tam schodzić - wskazałem na otwarte wejście do bazy spowite ciemnościami. - to nie najlepszy pomysł. Gdyby chcieli coś ukryć, schowaliby to głębiej, w jakimś bezpiecznym miejscu.
-Albo gdzieś blisko, wiedząc że wróg będzie myślał tak jak ty i będzie szukał głębiej niż z brzegu.
-Też tak może być. Ale ... Myślisz że tam coś znajdziemy?
-Nie dowiemy się dopóki nie sprawdzimy. - Wszyscy spojrzeliśmy z nieufnością i chyba lekkim strachem na tę ich bazę.
-No to w takim razie idziemy. - Powiedział Harry i sięgnął do swojego plecaka z którego wyjął dziewięć pochodni. - Spojrzałem na niego zdziwiony. - No co? Zrobiłem je kiedy tu płynęliśmy, a ty siedziałeś na beczce i udawałeś że cię niema. - Wyczarował w jednej dłoni płomienie i podpalił wszystkie pochodnie następnie dając je nam.
-Dobra pójdę pierwszy. - Powiedział Jorge. - Następnie Leonia, Polin, Harry, Olivia, Loren, Nils, Nico, Vini, Kolczek i Polin. Idziemy.
-Jak on kocha ciemności i podziemia. Zawsze jest taki podekscytowany. - Powiedziałem, a wszyscy się zaśmiali a Jorge strzelił szeroki uśmiech. Tak więc weszliśmy i zaczęliśmy schodzić schodami w dół. Gdy już zeszliśmy ścieżka się rozchodziła w dwie strony.
-Ja, Leonia, Harry, Olivia i Polin w prawo. Reszta w lewo. Nie rozdzielajcie się już później. Idziemy. - Powiedział Jorge.Tak więc skręciliśmy w lewo. Wchodziliśmy do każdego pomieszczenia jakie znaleźliśmy. Przeszukaliśmy każde z nich, ale nic ciekawego nie znaleźliśmy. Papiery, różne śmieci, dziwne maszyny.
-To są ostatnie drzwi. - Powiedział Nico i otworzył je. To pomieszczenie było inne. Panował tu porządek. Na środku stał duży metalowy stół, a na nim poukładane ładnie w sterty papiery, a nie to co w innych pomieszczeniach porozrzucane. Był również regał z książkami, który nie był połamany i wszystkie książki były na swoim miejscu. Nic ciekawego tutaj też nie znaleźliśmy.
-Nic niema. Dobra idziemy.
-Poczekaj.
-Co jest Nils? - Stał przy regale z książkami i wpatrywał się w niego.
-Tych książek nikt od dawna nie używał. - Zauważył Nico, który stał obok niego. - Wszystkie są zakurzone. Z wyjątkiem tej. - Powiedział i złapał ją. Ale nie dało jej się wyciągnąć. To była dźwignia. Regał przesunął się w lewo ujawniając nam tajną skrytkę. - Ja, Nils i Kolczek wchodzimy, wy zaczekajcie tutaj.
-Ale Jorge kazał nam się nie rozdzielać.
-A jak się zamknie przejście i nie będziemy umieli otworzyć go od tamtej strony to co zrobimy? A tak wy nam otworzycie. Pośpieszymy się. Będziemy ostrożni. Spokojnie. Wy też uważajcie na siebie. - Powiedział i weszli, a przejście zamknęło się za nimi. Po ponad godzinie usłyszeliśmy walenie w regał. Szybko wstałem i złapałem za właściwą książkę a przejście od razu się otworzyło.
-Spadamy stąd! - Krzyknął Nils i wraz z Nico i Kolczkiem wybiegli z pomieszczenia.
-Co się stało? - Spytałem biegnąc za nimi. Dopiero teraz zauważyłem że w rękach trzymają miecze ubrudzone krwią, a łapy Apolkina również nią ociekają.
-Wielkie pająki! - Wrzasnął Nils.
-I skorpiony!
-I było kilka Karienów!
-Karienów?! - Spytałem.
-Tak! To ich wyspa! Musimy stąd zwiewać!
-Jesteś pewny Nils?
-Tak! Ty drani bym wszędzie rozpoznał! Zabili mi ojca! Na moich oczach! Takich się nigdy nie zapomina! - Gdy dotarliśmy do schodów zatrzymali się. - Nie możemy tu zostać.
-Co?
-Nie mamy szans na przeżycie. Jeśli mielibyśmy czekać tu na resztę tamci zabiją nas wszystkich. Jeśli mielibyśmy pójść tam. To ... Nie wiemy w którą stronę skręcili jak są tam jakieś rozwidlenia. I też wszyscy zginiemy. W przypadku obu opcji narażamy resztę na niebezpieczeństwo. Najlepsze wyjście to wyjść na zewnątrz. Oni wiedzą tylko o naszej trójce. My postaramy się ich zgubić, a wy biegnijcie na statek. Wyślijcie jednego Apolkina żeby sprowadził resztę. Jeśli nie wrócimy w przeciągu dwóch godzin. Odpłyńcie bez nas ...
-Ale ...
-Nie przerywaj mi. To najlepsze wyjście. - Powiedział Nico i ruszył schodami na górę. - Vini! Jeśli zginę. Obejmij dowodzenie. - Powiedział i wraz z Nilsem i Kolczkeim pobiegli w stronę lasu, a my w stronę okrętu. Po jakiś trzech minutach z tunelu wypadła zgraja Karienów. W tym czterech siedziało na wielkich skorpionach. A dwóch na pająkach. Stali przez kilka sekund przed tunelem i w końcu ruszyli w pogoń za chłopakami.
-Uda im się. Musi się udać. Rafel biegnij po resztę. Sprowadź ich jak najszybciej. Mają dwie godziny. Jeśli w godzinę ani oni, a oni nie wrócą wypływamy. - Powiedziałem a on szybko ruszył do tunelu. Na całe szczęście Apolkiny są obdarowane niezwykłą prędkością. - Przygotujmy statek do odpływu. Po ponad godzinie z tunelu wybiegli wszyscy.
-Gdzie Nils i Nico? - Spytał Jorge.
-Gdzieś tam. - Wskazałem las.
-Jak to się stało?
-Przeszukiwaliśmy każde pomieszczenie. W każdym był niesamowity burdel. Ostatnie było idealnie czyste. Regał z książkami był cały zakurzony, prócz jednej książki, która okazała się być dźwignią. Znaleźliśmy tajne przejście. Nils, Nico i Kolczek tam weszli. Chcieliśmy iść z nimi. Ale powiedzieli że nie wiadomo czy od wewnątrz można otworzyć przejście i że mamy czekać. Wreszcie usłyszałem walenie w regał od drugiej strony. Wypadli jak oparzeni. Kazali uciekać. Wielkie pająki, skorpiony i Karieni. Nico powiedział że mamy biec na statek a potem sprowadzić was. Tamci wiedzą tylko o istnieniu tej trójki. Powiedzieli że odciągną ich od nas. I że jeżeli po dwóch godzinach nie wrócą, mamy odpłynąć.
-Ile im zostało? - Spytała Leonia.
-Mniej niż godzina. - Odpowiedziałem
-A dokładniej czterdzieści pięć minut. - Powiedziała Loren. Czekaliśmy w wielkim napięciu. A gdy w końcu minęły dwie godziny, oni wciąż się nie pojawiali na horyzoncie.
-Może powinniśmy jeszcze chwilę zaczekać? - Spytała Leonia.
-Nie. - Powiedziałem a wszyscy na mnie spojrzeli. - Chociaż chciałbym. To muszę powiedzieć że nie możemy dłużej czekać. Musimy płynąć dalej. Statek Widmo już dawno odpłynął i jest daleko. Tutaj czai się inny wróg. Karieni. Nils zna ich bardzo dobrze. Podejrzewam że opowiedział wszystko Nico. Obaj wiedzieli że nie mają szans na przeżycie. Poświęcili się by ratować nas.
-Ale kazał czekać. - Powiedziała Olivia.
-Powiedział tak, bo nie chciał pogodzić się z myślą że taki jest koniec. Albo chciał po prostu mieć pewność, że gdy naprawdę zrobi się niebezpiecznie odpłyniemy. Oni nas uratowali. Od samego początku pewnie wiedzieli że nie przeżyją. Uciekli z pola walki by nas ostrzec. By nas uratować i poświęcić siebie.
-Ale tak nie może być. Przepowiednia mówiła że wróci osiem osób. Nie siedem. I że to nie jest jego ostatnia misja.
-Przeznaczenie można zmienić Loren. - Powiedziałem ze smutkiem. - Odpływamy. - Powiedziałem i spojrzałem w stronę lasu. Statek zaczął się powoli oddalać, gdy już miałem się odwrócić zauważyłem jak z lasu wybiegają nasi towarzysze. A za nimi czarne z szarymi plamami dwumetrowe stwory z czerwonymi oczami. - Żyją. - Powiedziałem cicho z niedowierzaniem.
-Co? - Spytał smutno Harry.
-Oni żyją! - Krzyknąłem a wszyscy od razu podbiegli do mnie. - Dajcie liny! Szybciej! Zdążycie! - Po chwili wraz z Jorge i Harrym wiązaliśmy liny do barierki. A chłopaki wraz z Apolkinem biegli ile sił. Choć było widać że są zmęczeni i słabi. Może nawet ranni. Gdy byli już blisko rzuciliśmy im. Kolczek złapał w zęby linę a Harry zaczął go wciągać. Nils złapał linę którą rzucił Jorge i też zaczął być wciągany. Nico nie zdołał złapać liny którą mu rzuciłem. Szybko wciągnąłem ją i jeszcze raz rzuciłem. Tym razem złapał ale jeden ze stworów rzucił w niego mieczem i trafił w lewą łydkę. Szybko zacząłem go wciągać.
-Jesteście cali na szczęście! - Krzyknęła Leonia.
-Zdążyliście! Dzięki o Bogowie! - Krzyknęła zza sterów Loren.
-Nie powiedziałbym że jesteśmy cali. - Powiedział Nico wyciągając miecz z łydki. A Merlock zaczął robić mu opaskę uciskową i razem z Jorge zabandażowali mu nogę. - To nie jedyna rana. Ale najpierw zajmijcie się nimi. Ucierpieli bardziej. - Powiedział po czym zemdlał.
-Jak Nils? - Spytałem.
-Nieprzytomny. Zemdlał od razu jak go wciągnęliśmy. Ma dwie strzały wbite w plecy, jedną złamaną w prawym udzie. kilka ran ciętych na plecach, brzuchu i rękach. - Powiedział Harry.
-Apolkin ma pięć dziur po strzałach. Więc chłopaki chyba mu je wyciągnęli. A jak Nico. - Spytała Olivia. - Zdjąłem ostrożnie jego koszulę.
-Cztery dziury po strzałach i trzy złamane strzały w klatce. Liczne rany ciętę od mieczy na całym ciele. Pod pokład z nimi. Trzeba ich opatrzyć. - Powiedziałem.

poniedziałek, 23 lutego 2015

ROZDZIAŁ 5 STATEK WIDMO

[NICO]


Płyniemy już dwa dni Apolkiny mówią że Trójząb został ukryty bardzo daleko. Jeszcze nawet w połowie drogi nie jesteśmy. Posejdon zesłał na nas jeszcze jeden dar. Potrafimy rozmawiać w myślach z tymi psiakami.
-Zurychy! - Krzyknęła Loren.
-Jak daleko?
-Nie wiem Funia, ale będziesz potrafiła je rozpoznać?
-Tak.
-Skąd wiesz? - Spytał Nils.
-Apolkiny je wyczuły. Nie będą potrafiły wskazać dokładnej osoby, ale wyczuwają je w pobliżu.
-Tam jest jakiś okręt. Zbliża się. Bardzo powoli. - Powiedziałem.
-Gdzie? - Spytała Funia.
-Tam. - Wskazałem ręką. - Nie widzicie? - Wziąłem lornetkę i spojrzałem przez nią by lepiej się mu przyjrzeć. Funia wzięła swoją lornetkę i również przez nią spojrzała.
-Ma rację.
-Jak to możliwe że zauważyłeś go bez lornetki? My go normalnie w ogóle nie widzimy. - Wzruszyłem ramionami.
-Nie wiem. Od zawsze mam dobry wzrok. To dziwne.
-Co takiego?
-Na pokładzie niema nikogo. Sam spójrz. - Powiedziałem podając Nilsowi lornetkę. - Funia idź i powiedz wszystkim żeby byli przygotowani do ataku w razie czego. Możliwe że to okręt Zurychów. I nie wychodźcie spod pokładu. My w trójkę tu zostaniemy. Powiedzcie pozostałym Apolkiną żeby również były przygotowane, ale niech żaden na razie się nie wychyla. Figlak zostanie z nami. - Funia pobiegła pod pokład do reszty, a za nią pobiegły Nurek i Kolczek.
-Serio myślisz że na tym okręcie są Zurychy?
-Nie wiem. Nie znam się. Jestem nowy. Ale wolę być przygotowany na wszystko. Powiedz mi co może zrobić dziesięciolatek?
-Niewiele.
-No właśnie. Pozostaje jeszcze jedna opcja.
-Jaka?
-To może być zwykły statek Śmiertelników. Zobaczą dzieciaki na okręcie. Czternastolatkę za sterem. Będą wiedzieli że coś jest nie tak. I będziemy mieć kłopoty. Ale jak na razie okręt jest bardzo daleko. Płynie bardzo wolno. My również płyniemy wolno.
-Niestety musieliśmy zwolnić, bo ...
-Wiemy Loren. - Posłała mi spojrzenie świadczące o tym że nie lubi jak jej się przerywa, a ja nie lubię jak ludzie się powtarzają. Wzruszyłem tylko ramionami. - Idź za ster. - Poszła bez sprzeciwu.

[NILS]


Ten dzieciak ma coś w sobie naprawdę. Gdy na niego patrze mam ciarki. Ciekawe od kogo jest? A może on jest jednym z wyjątkowych? Dzieckiem Półbogów. Takie dzieciaki mają wielką siłę. W sumie to jest duże prawdopodobieństwo że jest jednym z nich. Wykazuje zdolności nie pasujące tylko do jednego Boga. Mam podejrzenia co do tego czyja krew płynie w jego żyłach.
-Nils! - Nico pstryknął mi palcami przed oczami, a ja kilkakrotnie zamrugałem oczami.
-Co?
-Mówię do ciebie a ty mnie nie słuchasz.
-Przepraszam zamyśliłem się.
-Właśnie widziałem. Chciałem powiedzieć że jesteśmy już blisko tego okręt. Nie podoba mi się on. Jest w nim coś dziwnego. Otacza go zła aura.
-Co? Skąd wiesz?
-Czuję to. Cokolwiek tam jest. Jest potężne. Oprócz odoru Zurychów, na tym statku czuć coś jeszcze ale Figlak nie potrafi określić co to jest. Ale coś naprawdę bardzo potężnego.
-Coś potężnego? W rękach Zurychów? - Pokiwał głową. - I na pewno nie jest to Trójząb?
-Figlak od razu by go wyczuł.
-To w takim razie może być tylko jedno.
-Co takiego?
-Kamień Zen.
-Co?
-Zurychowie zdobyli go jakieś trzysta lat temu. Służy on do przejmowania kontroli nad ludzkimi umysłami. Mogą w nim grzebać. Zmieniać wspomnienia, wymazywać je, wpływać na nie. Jeśli Kamień znajduje się na tym okręcie to ten okręt to Statek Widmo. Jest chociaż go niema. Nie wolno nam wejść na ten pokład. Kto na niego wejdzie już nigdy z niego nie zejdzie. Figlak ostrzeż resztę i wróć do nas szybko. - Apolkin po chwili zniknął pod pokładem. - Musimy dobić do jakiejś wyspy. Na lądzie ich moc na nas nie działa.
-Gdzie tu znajdziesz wyspę?! - Ryknął na mnie Nico. - Widzisz jakąś w pobliżu?! Bo ja nie!
-Od dwóch dni nie natknęliśmy się na żadną wyspę, w pobliżu musi się jakaś znajdować. Loren!
-Co?! - Krzyknęła nie odchodząc od sterów.
-Jesteś morskim GPS'em wiesz gdzie jest najbliższa wyspa?
-Dość spory kawałek na północny zachód!
-Płyń tam!
-Ale ...
-Płyń! - Nie odezwała się już, a nasz okręt skręcił ostro w prawo i nabierał powoli prędkości. Silniki są już w znacznie lepszym stanie. Spojrzałem na drugi okręt. - Zmienił kurs. Płynie za nami. Nie dadzą nam spokoju póki ktoś,chociażby jedna osoba nie przejdzie na ich okręt. - Pobiegłem pod pokład do reszty. - Przygotujcie się do ataku. Pamiętajcie nie wolno wam opuścić naszego okrętu. Pod żadnym pozorem nie wchodźcie na tamten okręt. Kto na niego wejdzie, nigdy z niego nie zejdzie. Walczymy na naszym okręcie. Musimy się tu utrzymać póki nie dopłyniemy do brzegu. Harry, Merlock, Vini zajmijcie się działami. Olivia, Jorge bądźcie czujni, jak coś wbiegać na górę. Funia ukryj się z łukiem, strzelaj z ukrycia,nie daj się złapać ani podejść. Leonia będziesz bronić Loren która steruje. Apolkiny gdy pierwsi wrogowie wejdą na pokład wkraczacie do akcji. Ja i Nico również będziemy walczyć u góry. Chłopaki, gdy sytuacja będzie kryzysowa wejdźcie na górę nam pomóc, a działa zostawcie. Pierwszy strzał idzie na dziób gdy tylko znajdą się w polu rażenia. Ostrzelajcie go jak najmocniej. Jeśli ich okręt będzie w tragicznym stanie będą musieli się wycofać. A mogą dobijać tylko do jednego portu. Na Osmerdzie.
-Wyspa umarłych.
-Dokładnie Vini. A teraz na stanowiska. - Powiedziałem i wyszedłem na górę.
-Nico? Nico gdzie jesteś? - Rozejrzałem się, ruszyłem w stronę rufy, Nico szedł bardzo powoli w tamtą stronę. -Nico! - Zawołałem go. Podbiegłem do niego i szturchnąłem w rękę. - Ej Nico co robisz?
-Bardzo silna magia.
-Co?
-Zła. Silna. Opętana. Przyciągająca magia.
-Nico co jest z tobą?
-Opętanie magią, przez mgłę. Zielona mgła zła. Przyciąga dobro. Zabić. Zabić. Zabić. Zabić. - Spojrzał na mnie. Jego oczy świeciły jasną zielenią jak szmaragdy. To zły znak. Zaraz on mówił Zielona mgła? Opętanie przez mgłę? Przecież niema tu mgły. Zaraz ... Podbiegłem do barierki. Okręt otaczała zielona mgła. - Muszę zabić. - Odwróciłem się i w tym momencie Nico chwycił mnie za szyję i zaczął dusić.
-Nico ... To ja ... Nils ... Ej chłopie ... Przyjacielu ...
-Ja nie mam przyjaciół. Przyjaźń to zło. Zabija wszystko co złe w człowieku. Zło jest dobre. Zło jest siłą. Światem musi rządzić zło. - I dopiero teraz sobie uświadomiłem To nie jest Nico. Znaczy jest ale, został opętany przez Zurycha. Ale z takiej odległości mogą nawiązać połączenie? Odepchnąłem się z całej siły od barierki i uderzyłem głową Nico o ścianę. I jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz. Stracił przytomność.
-Vini! - Krzyknąłem, a po chwili pojawił się przy mnie. - Trzeba go przywiązać. Zabrać wszystkie ostre przedmioty, bronie. Jest opętany. Zajmij się nim. - Przerzucił sobie jego lewe ramię na barki i zaczął przenosić go pod pokład. - Hasana! Bobe mabotho a tloha! - Rzuciłem zaklęcie i zielona mgła zniknęła. To co powiedziałem znaczy "Rozproszenie! Złe moce odejdźcie!" Ja jako syn Hekate znam zaklęcia we wszystkich językach. Ten jest starodawny bardzo rzadko używany, ale najbardziej skuteczny. Pobiegłem pod pokład. - Leonia na górę! Broń Loren!
-Wypuśćcie mnie! Ten okręt to zło! Zniszczenie! Jesteście Niszczycielami! Rozwiążcie mnie! Jak tylko się uwolnię wypruję wam flaki! - Nico darł się cały czas. Wygrażał nam. Kazał się uwolnić. Dziwne że już odzyskał przytomność. Całe szczęście że zdążyli go przywiązać.
-Ignorujcie go. Zakneblujcie jeśli to konieczne. - Powiedziawszy to podszedłem następnie do niego i powiedziałem. - Wybacz, ale teraz ja tu dowodzę.
-Nils.
-Co?
-Są już blisko. - Podbiegłem szybko do armaty i wyjrzałem przez okienko.
-Czekaj. Jeszcze nie. Teraz. - Powiedziałem i Vini odpalił działo. - Jeszcze raz. - Załadował armatę ponownie i kolejny raz wystrzelił. - Harry dołącz. Obydwoje naraz. - Dwa strzały poszły. - Jeszcze raz. - Kolejne wystrzały z armaty. - Merlock i ty teraz. - Strzał poszedł później od pozostałych, ale to nic. - W trójkę jeszcze raz. - Wystrzelili i od razu załadowali następną kulę. - I jeszcze raz. Dobra strzelajcie cały czas dopóki są naprzeciwko. Reszta rusza. Nie dajcie się złapać. Pilnować Nico i Loren. Dwie najważniejsze osoby na tym pokładzie. - Wbiegłem na górny pokład a za mną reszta. Zurychowie, umarlaki, zombie, szkielety, duchy, widma już wdzierały się na nasz pokład. - Do broni! Za Olimp i Olimpijczyków!
-I za Herosów! - Krzyknął Jorge.

I tak zaczęliśmy walkę z nieumarłymi oraz ich Panami Zurychami. Szkieletorów były trzy rodzaje, jedne z białej kości, drugie z brązowej, a trzecie z czarnej. Każdy uzbrojony był w hełm i szable, niektóre miały tarcze, a niektóre miały tylko łuk. Duchy niektóre były błękitne, a niektóre jasno zielone. Duchy można pokonać tylko za pomocą zatrutego ostrza. Na szczęście Korin pomyślał o tym i każdy z nas miał takie przy sobie. Z zatrutego ostrza zazwyczaj ulatuje ciemno zielona smużka dymu. tym się charakteryzują. Widma są o wiele straszniejsze ciemno fioletowe, granatowe i ciemno zielone, ciemniejsze od zatrutego ostrza i tym właśnie ostrzem również tylko można pokonać widma. Zombie, zielone z dziurami na ciele, zgniłymi ciałami. Obrzydliwe. No i Zurychowie, na pozór przypominają człowieka, ale jak się przyjrzysz ich twarzom zobaczysz na ich lewym policzki brązowe znamię. Litera Z w kółku, które znajduje się w trójkącie, który okala kolczaste koło.

-Leonia, Olivia! Ze mną! - Krzyknąłem i podbiegłem podpokład.
-Co chcesz zrobić?
-Musimy zdjąć z niego urok. Teraz, albo nigdy. - Stanęliśmy przed Nico, który wciąż darł się w niebo głosy żeby go uwolnić i odwiązać od filara. Ja  stanąłe na przeciwko Nico, Leonia stanęła z mojej prawej, a Olivia z lewej.
-Tlohela moea oa e sa hloekang. Tlohela eena feela. Theola 'mele. Tsoa. Tlohela moea oa e sa hloekang. Tlohela eena feela. Theola 'mele. Tsoa. Tlohela moea oa e sa hloekang. Tlohela eena feela. Theola 'mele. Tsoa.Tlohela moea oa e sa hloekang. Tlohela eena feela. Theola 'mele. Tsoa. - W końcu z ust Nico uniosła się zielono, szaro, fioletowa mgiełka, a on sam przestał się drzeć.
-C-co jest? Strasznie boli mnie głowa. I hej! Dlaczego jestem przywiązany?!
-Zostałeś opętany.
-Że co?
-Później ci wytłumaczę teraz musisz pomóc nam walczyć. - Wszyscy wybiegliśmy na pokład i dołączyliśmy do walki.

Po dość długim czasie, nie wiem ile minęło, godzina? Może więcej. Wszyscy byliśmy już wyczerpani, ale nie poddawaliśmy się. Na horyzoncie było widać już wyspę.

Gdy byliśmy już naprawdę blisko wyspy, jeden z Zurychów złapał Funie i zaczął ciągnąć ją na okręt.
-Nieeeeee!  Funia! - Nico zaczął krzyczeć i biec w jej stronę.
-Nico nie! Bo wciągną i ciebie! - Pobiegłem w jego stronę.
-Dajcie spokój! Zostawcie mnie i ratujcie siebie! Mam naprawdę zajebistych przyjaciół! Dziękuję! Żegnajcie! - Funia krzyczała do nas wszystkich. W ostatniej chwili złapałem Nico. Jeszcze chwila i wskoczyłby na tamten okręt. W tej chwili dobiliśmy do skalnego klifu wyspy. Loren szybko rzuciła kotwicę i kazała wszystkim zejść na ląd, więc tak uczyniliśmy. A ja ciągnąłem za sobą Nico.
-Nie! Dlaczego?!
-Nico, tak mi przykro. - Olivia położyła dłoń na plecach Nico dla pocieszenia.
-Do wyspy dobije dziewięciu. Spełniło się. - Powiedziałem ze smutkiem. - Wiedzieliśmy że kogoś stracimy. - Wszyscy pogrążyliśmy się w smutku. Straciliśmy przyjaciółkę.

sobota, 7 lutego 2015

ROZDZIAŁ 4 POCZĄTEK MISJI

[NICO]


Gdy się obudziłem była dziesiąta, wziąłem moje ciuchy i poszedłem wziąć prysznic. Zdążyłem na dwie godziny szermierki. A później razem z resztą udałem się na obiad. A po nim znów zajęcia z Rickym, a następnie z zajęcia z Loren, kolacja, czas wolny które spędziłem w domku i ognisko oraz prysznic i spać. Taki sam harmonogram miałem na najbliższe sześć dni. Czas wolny spędzałem na Patio grając w różne gry i rozmawiając z innymi.

Ale tego ranka Korin ogłosił kolejną Bitwę o Sztandar. Tym razem domek Hermesa zwyciężył więc to my wybieraliśmy skład swojej drużyny razem z nami w drużynie Niebieskiej będą dzieci Nyks, Nike, Hekate, Artemidy, Aresa.
A Korin wybrał drużynę przeciwną pod dowództwem Afrodyty w Białej drużynie były dzieciaki Hefajstosa, Nemezis, Iris, Posejdona, Apolla, Ateny.

Bitwa była równie zaciekła co ostatnio. W grupie Zdobywców Sztandaru byłem ja, Sangvini 15 lat, Suna 18 lat od Nyks, Leonia od Nike 14 lat, Nils 14 lat od Hekate, Merida 16 lat od Artemidy, Merlock 15 lat od Aresa. Strategie mieliśmy podobną do poprzedniej, tyle że tym razem Octavian palnął taką mowę zagrzewającą do walki że ... Nie pozostaje nam nic innego tylko wygrać. Nie będę dosłownie powtarzać co on powiedział. Ale było to coś w stylu "Nie dajcie się im wyruchać. Jak przegramy możemy czuć się zgwałceni. Wygrana jest nasza. Bądźmy czujni i ostrożni." To tak w wielkim skrócie co on powiedział.

A tak w wielkim skrócie, Bitwa była o wiele bardziej wyczerpująca niż ostatnio. Ale do Sztandaru dotarliśmy. No w pełnym składzie nie byliśmy. Byłem ja, Sangvini, Merida, Nils i Leonia. Obronę pokonaliśmy i dobyłem Sztandar w rękę i zaczęliśmy biec w stronę Patio. Pokonując niedobitków i zgarniając naszych którzy przetrwali w wielkim okrzyku szczęścia wybiegliśmy z lasu i pognaliśmy w stronę Patio. A Korin zadął w róg, kończąc grę.

A tak na marginesie mówiąc. Za każdym razem Sztandar znajduje się w innym miejscu. Ale obserwując przeciwników i ich zachowania łatwo można wywnioskować czy jest się blisko, czy daleko od Sztandaru. No ja jeszcze nie potrafię wyczytać tego. Ale moi kompani owszem.

Wraz z pozostałymi członkami mojej drużyny Zdobywców zostaliśmy na rękach przeniesieni na plac gdzie odbywać się będzie ognisko. Zostałem ukoronowany Laurem a kolejny Sztandar wylądował w moim pokoju w Domku Hermesa.

Bawiliśmy się w najlepsze dopóki Agnes Wilton drużynowy Domku Dwunastego nie wpadł w trans i uniósł się w powietrze owinęła go złota mgła i powiedział:

Nowicjusz w chwale będzie się pławił,
lecz długo w chwale cieszyć mu się nie przyjdzie.
Na misje czas wyruszyć daleką,
to jego pierwsza lecz nie ostatnia.
Wypłynąć im przyjdzie jak najdalej w morze,
by znaleźć to czego nikt nie może.
Wyruszą, odnajdą, wyruszą dalej.

Na misje wyruszy dziesięciu,

do wyspy dopłynie dziewięciu,
lecz w chwale powróci ośmiu.

Ogień i woda, noc i światło.

Szczęście rękę wyciągnie,
ty ją przygarniesz.

Zwycięstwo odniesie Hadesa dziecię.
Na siłę do grupy dołączyć ktoś by chciał,
lecz na nic nam jego pomoc się zda.
Dziecię Apolla z chęcią wyruszy.
Aresa syn niepewności pełen, pomoże.

Gdy skończył upadł na podłogę, a oczy wszystkich były skierowane na mnie.
-Ja nic nie zrobiłem!
-Wiemy to Dominicu. To była Przepowiednia. Dotyczyła ona ciebie. Więc chcąc nie chcąc musisz wyruszyć na misję, będziesz nią przewodził.
-Mam dowodzić misją? - Spytałem słabym głosem.
-Tak. I dodatkowo wybierzesz sobie skład drużyny. Opierając się o przepowiednie. Ktoś ją spisał? - Zwrócił się do tłumu.
-Ja! - Krzyknęła Funia i podbiegła z kartką na której była napisana przepowiednia. - Trzymaj Nico. Doszukuj się szczegółów. - Podała mi ją. - Analizuj. Na głos.
-No to tak jakby jestem teraz w chwale tak? Bo Zwyciężyłem. Ale długo to trwać nie może, bo musimy szybko wyruszyć. To moja pierwsza misja i nie ostatnia. No to pewnie wrócę cały. Wypłyniemy w morze, by znaleźć to czego nikt nie może. Znaleźć to czego nikt nie może. Chodzi o krainę Posejdona prawda? - Korin pokiwał głową. - Drużyna będzie liczyć dziesięć osób. A w chwale do Osady powróci tylko ośmiu.
-Czy to znaczy że dwie osoby zginą? - Spytał ktoś z tłumu. Korin chciał już coś powiedzieć, ale ja się odezwałem.
-Niekoniecznie. Mogą powrócić wcześniej z jakiegoś powodu. Lub później.
-Prawda.  - Powiedział Korin.
-Ogień i woda, noc i światło. Ktoś kto włada ogniem. Ktoś od Hefajstosa lub Hestii. Oczywistym jest też że wyruszyć musi ktoś od Posejdona. Dziecko Bogini Nocy. A światło to ... - Zamyśliłem się na chwilę. - Hekate. Dziecko Hekate jest w stanie przepędzić mrok, za pomocą magii. - Korin pokiwał głową z uznaniem. - Dziecko od Bogini Tyche. Ktoś od Hadesa. Apollo i Ares. Daje to dziewięć osób. Więc dziesiąta osoba to może być ktokolwiek.
-Dziwię się że tak dobrze rozgryzłeś tę Przepowiednię. Nowicjusz rzadko kiedy to potrafi. A więc wybieraj swoją drużynę.
-Harry Owen. - Syn Hefajstosa wstał i podszedł do mnie. Osobiście rozmawiałem z nim cztery razy. Ale wiele osób mówiło mi że jest świetnym mechanikiem i bardzo dobrze włada ogniem. Sam z resztą też widziałem. - Loren Elien. - Córka Posejdona wstała i podeszła do mnie. - Sangvini Lorenzo. - Syn Nyks podszedł do mnie. - Nils Solen. - Syn Hekate wstał z uśmiechem i podszedł do nas. - Olivia Huper. - Córka Tyche podeszła do nas. - Jorge Smith. - Syn Hadesa z wielkim uśmiechem podszedł do nas. - Funia Isello. - Uśmiechnęła się i wstała podchodząc do mnie. - Merlock Kiks. - Bez słowa podszedł.
-Zgłaszam się na dziesiątą! - Krzyknęła dziewczyna.
-Tylko nie Ateniątko. - Jęknął Merlock.
-Tylko nie Contanella Brigree. - Dopowiedziała Olivia.
-Nie. - Powiedziałem.
-Ale ja chcę!
-Nie.
-Płynę z wami!
-Nie chce cię w mojej drużynie.
-Nawet mnie nie znasz! - Oburzyła się. A ja wyrecytowałem.
-Na siłę do grupy dołączyć ktoś by chciał, lecz na nic nam jego pomoc się zda. Mowa o tobie. To pewne. Wybacz ale nie chce Ateniątka w swojej drużynie.
-To że jesteś Dowódcą tej misji nie robi z ciebie jakiegoś ...
-Dosyć! - Krzyknął Korin.
-Kto jest dziesiąty?
-Leonia Fell.
-A więc mamy naszą drużynę. Jutro po śniadaniu wyruszycie. A ty Dominicu przed śniadaniem zgłosisz się do mnie.

Ognisko zostało zakończone po paru minutach. Dostałem plecak od Octaviana i spakowałem do niego to co najpotrzebniejsze. Nie mogłem zasnąć w nocy. Postanowiłem się przejść. Byłem pogrążony w myślach gdy przechadzałem się spokojnie cichymi ścieżkami. Nogi same zaprowadziły mnie do Magazynu z bronią. I wtedy moje oczy padły na połyskujący czernią i złotem łuk, oraz dopasowany do niego kołczan i strzały, Na kołczanie był napis "Zawsze wracam do właściciela." Wziąłem łuk i kołczan do ręki i wtedy oba przedmioty rozbłysły bladym złotym blaskiem. Napis który jeszcze przed chwilą widniał na kołczanie zniknął. Na kilka krótkich chwil pojawił tam się napis "Własność Dominica Sully" ale po chwili już go nie było. Zabrałem więc to ze sobą i wróciłem do domku.Odłożyłem przy moim plecaku i położyłem do łóżka. Zasnąłem od razu.

Zanim poszedłem udałem się do Dyrektora tak jak mnie prosił. Palnął mi mowę i kazał wejść do Piwnicy w której znajduje się bardziej ścisła przepowiednia. A mianowicie Kobieta i Mężczyzna, a konkretniej dwa Trupy. Święte Trupy. Dały mi przepowiednie. Ukazały Przyszłość. To co się stanie jeśli zawiedziemy. Jeśli ja zawiodę. Tę którą dostaliśmy, była tylko ostrzeżeniem, że coś się zbliża i musimy zacząć działać. Teraz gdy mam już grupę wybraną czas dostać przepowiednie dla naszej grupy i naszej misji. Jakieś konkrety. Zdałem relacje Korinowi i pośpieszyłem na Patio. Nimfy właśnie nakryły stoły, więc szybko usiadłem na wolnym miejscu koło Suzen.
-Powodzenia życzę młody. Dacie radę. Wierzę w was. Będę się modlić do Bogów o wasze bezpieczeństwo i szczęśliwą podróż.
-Dziękuje.
-Wrócisz jako Zwycięzca. Okryjesz się wielką chwałą i Laurem.
-Lub wrócę przegrany  i okryje się hańbą, będą mnie wytykać. Może nawet wygnają z Osady.
-Nie bądź taki pesymista. Trzeba myśleć optymistycznie. Wtedy jest największe prawdopodobieństwo że nic złego się niestanie.
-Ale i tak zawsze się dzieje.
-To prawda. Ale nic aż zanadto strasznego. Uwierz mi.
-Wierze. - Powiedziałem a ona się do mnie uśmiechnęła. I oboje wraz z naszym rodzeństwem wstaliśmy od stołu by złożyć Hołd.

Znaczy chyba mogę mówić rodzeństwem skoro mieszkam razem z nimi, ale nie jestem jeszcze Określony? No nie?

Po śniadaniu od razu wyruszyliśmy. Musieliśmy dostać się na wybrzeże pięć godzin marszu stąd. Ale oczywiście pieszo nie będziemy podróżować, jeśli nie jest to konieczne. A po za tym spieszy nam się. Każdy z nas dostał dwie sakiewki, jedną z drachnami, a drugą z normalnymi pieniędzmi Śmiertelników. Znaczy Korin dał mi je wszystkie jak do niego poszedłem i miałem im je dać więc właśnie to robię. Dodatkowo dał mi jeszcze jedną sakwę i powiedział że jest ona na czarną godzinę i mam uważać.

Gdy wreszcie wyszliśmy z lasu zamówiliśmy dwie duże taksówki i ruszyliśmy Siedziałem w jednej razem z Sangvinim, Loren, Nilsem i Funią. Reszta siedziała w drugiej taksówce.
-To jaki jest plan? - Spytał Nils.
-A skąd mam wiedzieć mam tylko dziesięć lat i zero doświadczenia. Wiem na pewno że najpierw musimy dostać się do Posejdona. Czemu ja muszę przewodzić misją?
-Bo cię wybrano.
-Ale czemu mnie?
-Nie wiem naprawdę nie wiem. Ale to ty dowodzisz tą misją. Pójdziemy za tobą wszędzie. Choćby nie wiadomo co się działo. Będziemy cię chronić. - Powiedziała Loren. Czemu ja?! Nie mogę tego zrozumieć i nawet nie chcę. Ale cokolwiek Bogowie dla mnie zaplanowali to mówię iż już mi się to nie podoba.
-Słucham młody. Jesteśmy z tobą tak. To nasza misja. Całej naszej dziesiątki. Jesteśmy tu razem. Nie jesteś sam. Pamiętaj. I jeśli nie wiesz co robić, jak się zachować. Nie przejmuj się. Każdy z nas miał swoją pierwszą misję, pierwszy raz dowodził grupą. My ci pomożemy. Po to jesteśmy tu razem, by współpracować ze sobą i wspierać się.
-Dzięki Sangvini.
-Mów mi Vini.
-Dzięki Vini.
-To może skoro nie masz planu. To wymyślimy go razem, teraz?
-Dobry pomysł Nils. - Posłałem mu uśmiech. - Więc, na początku musimy się dostać do Królestwa Posejdona, jak mówiłem.
-Niema problemu. Z łatwością przejdziemy. Byłam u ojca już kilka razy.

-Ale przecież my nie umiemy oddychać pod wodą. Ty potrafisz to jasne. Ale my nie. - Powiedział Nils.
-Jestem córka Boga Mórz. Mogę panować nad wodą. Zapomniałeś? Stworzę bąble dzięki którym będziecie mogli przeżyć pod wodą.

Po ponad godzince byliśmy na miejscu i wysiadaliśmy z taksówki, mając opracowany plan. Szliśmy plażą, aż dotarliśmy do kamiennego klifu. Tutaj w wodzie znajdowało się pełno kamieni.
-Idziemy. - Powiedziała Loren wskakując na pierwszy wystający z wody kamień, a później na kolejny i kolejny.
-Serio?
-Tak, Harry serio. Niema lepszego wejścia dla Półbogów do Krainy Posejdona. - Wszyscy poszliśmy w jej ślady. Szła wzdłuż klifu w głąb oceanu, a gdy doszła do jego końca skręciła w lewo. Więc my również szliśmy po kamieniach uważając by nie wpaść do wody wzdłuż klifu który mijaliśmy z lewej strony, gdy i ja skręciłem zauważyłem że jej nigdzie nie widzę.
-Loren?
-Tutaj. - Usłyszałem jej głos. Szedłem dalej wzdłuż klifu by po chwili na trafić na małą plażę.
-Wow.
-Pięknie prawda?
-Tak. Bajecznie.
-Mało kto wie, że takie miejsce tu istnieje. Dlatego ...
-Dlatego to jedno z najlepszych przejść, bo żaden Śmiertelnik nas tu nie zobaczy. - Dokończyłem za nią
-Dokładnie.

Gdy już wszyscy staliśmy w tej grocie, Loren weszła po kolana do wody i wezwała na pomoc swojego ojca.
-Ojcze, proszę pomóż nam się dostać do twojej Krainy. - Po chwili woda zabulgotała, a z niej wyłoniły się Hipokampy. Było ich dziesięć. Tyle ilu nas. Jeden z nich zarżał radośnie. - Witaj Iskro. - Pogłaskała go po głowie. - Wsiadajcie. - Powiedziała i sama wsiadła na Iskrę. My również wsiedliśmy na nie. Zaczęły się powoli zanurzać. - Nabierzcie powietrza. Jak tylko znajdziemy się pod wodą każdemu z was wytworze bąbel. - Jak powiedziała tak zrobiła. Po chwili mknęliśmy przez głębiny oceanu. Coraz niżej i coraz niżej. A widoki były niesamowite. Mijaliśmy przepiękne rafy koralowe, zwierzęta morskie okazywały szacunek dla córki Pana Mórz. Mijały nas, niektóre płynęły z nami jakiś kawałek. W końcu dopłynęliśmy do Podmorskiego Królestwa Posejdona. Hipokampy zatrzymały się na dnie, a my zeszliśmy z nich i ruszyliśmy za Loren. Wrota Pałacu się otworzyły a my przekroczyliśmy jego próg.
-Królestwo Posejdona. - Powiedział z zachwytem Vini.
-Jakby mi ktoś powiedział że kiedyś tu ... nie uwierzyłbym mu i wyśmiał go. - Powiedział Harry.
Loren zaprowadziła nas do Sali Tronowej.Gdy weszliśmy przyklękła na jedno kolano, pochyliła głowę i powiedziała.
-Witaj Ojcze.
My uczyniliśmy ten sam gest co ona. Ale odezwałem się tylko ja.
-Witaj Posejdonie. Podejrzewam że wiesz w jakiej sprawie przychodzimy.
-Witajcie. Wiem Dominicu. Powstańcie. - Zrobiliśmy jak chciał. - Siadajcie. - Wskazał na stół z krzesłami, które zdobiły rafy koralowe. Sam Posejdon zszedł ze swego Tronu i przybrał postać ludzkich rozmiarów. Zajął miejsce na szczycie stołu, a my usiedliśmy z obu jego stron. - Wszyscy na Olimpie wiedzą co się stało, Apollo miał wizję, ostrzegł mnie ale było za późno. Złodziej zdążył uciec. Nie mogę opuścić swojego Królestwa. Pozostali Bogowie również nie mogą opuścić swoich Posiadłości i zająć się tym. Dlatego potrzebujemy waszej pomocy. Przyjęliście Misję, więc czas byście dostali większe wskazówki. Mój Trójząb skradziono.
-Ojcze, co?
-Tak córko. Waszym zadaniem jest odnalezienie złodzieja, ukaranie go, odzyskanie mojego Trójzębu i przyniesienie mi go. Kto dowodzi tą misją?
-Ja. - Posejdon odwrócił się do mnie.
-Taki młodzik?
-Wszyscy byliśmy w szoku gdy Agnes wypowiedział przepowiednie na głos. Powiedział dokładnie "Nowicjusz w chwale będzie się pławił, lecz długo w chwale cieszyć mu się nie przyjdzie. Na misję czas wyruszyć daleką, to jego pierwsza lecz nie ostatnia." Graliśmy w Bitwę o Sztandar. On zwyciężył, był w chwale tak? Jest nowicjuszem. Po nim nikt jeszcze nowy nie doszedł. I to jest jego pierwsza misja. Ojcze nikt nie potrafi zrozumieć czemu on musi przewodzić nami na tej misji.
-W takim razie, jest coś w tobie co nam wszystkim pomoże. Od kogo jesteś?
-Nie wiem. Jeszcze mnie nie uznano. Jestem wciąż nieokreślony. - Powiedziałem ze smutkiem. - Powinieneś Panie to wiedzieć. Przy każdym posiłku proszę Was wszystkich byście mi powiedzieli kto jest moim Boskim Rodzicem. W domku Hermesa jestem już jedynym nieokreślonym. Nawet ta dwójka nieokreślonych u Hestii została już uznana. Jestem jedynym nieokreślonym w Osadzie Gamma.
-Rozumiem. Słyszeliście o Stworzeniach podobnych do ludzi, nazywają siebie Zurychami?
-Tak słyszałam. - Powiedziała Funia. - Oni ... - Posejdon podniósł dłoń by zamilkła.
-To dobrze. Więc jeden z nich zakradł się tutaj i skradł mi mój Trójząb. Teraz oni sterują wodami. Aczkolwiek ja jako Bóg Mórz również mam władzę nad nimi, ale mniejszą. Oczywiście będę starał się wam pomóc, jak tylko będę potrafił. Weźcie ze sobą Apolkiny. - Do Sali wbiegło sześć psów wysokich na jakieś osiemdziesiąt centymetrów. - Azor, Kolczek, Rafel, Figlak, Nurek i Polin. Wywęszą wszystko. Mój Trójząb, złodzieja i każdego wroga. Na czas waszej misji, na każdego z was zsyłam dar. - Powiedział i wyciągnął ręce na boki. Woda wokół nas zaczęła bulgotać. Nasze bąble znikły, z początku zaczęliśmy się krztusić ale po chwili przestałem, wszyscy przestaliśmy. Oddycham pod wodą.
-Dziękuję Panie. - Powiedziałem. Czułem że muszę ja się odezwać, przecież jestem swego rodzaju dowódcą. Posejdon posłał mi uśmiech.
-Loren wybierz jeden z okrętów i wypływajcie.
-Dobrze Ojcze. Żegnaj. - My również się grzecznie pożegnaliśmy i ruszyliśmy za Loren.
Wybrała jeden z okrętów który może pływać zarówno na wodzie jak i pod nią. Choć nie jest to typowy okręt podwodny. Wszyscy na niego weszliśmy. Loren objęła dowodzenie. Jako jedyna znała ten okręt.
-Trzymajcie się mocno. Wynurzamy się.

wtorek, 3 lutego 2015

ROZDZIAŁ 3 GRA PÓŁBOGÓW BITWA O SZTANDAR

[NICO]


Półtorej godziny później cieszyłem się wraz z moją drużyną wygraną. Wygraliśmy pierwszego seta. Drugiego seta wygrała drużyna Ellie. A trzeciego seta wygrała moja drużyna, dwoma punktami przewagi.
-Dobra wasza kara za przegraną to ... - Powiedziała i zamyśliła się Roonie. Po czym uśmiechnęła i dodała. - Wkradnie się do chatek Satyrów. Konkretniej do czterech różnych chatek. Każdy do innej. Sam. I wykradniecie cztery ciekawe  rzeczy. I przyniesiecie je nam. O ile nie zostaniecie złapani. A jeśli was złapią, każdy z was odpracuje nasz przydział w zbrojowni. Albo wszyscy. Albo nikt. - Powiedziała z wrednym uśmiechem.
-Chyba żartujesz! - Krzyknęła córka Iris.
-Nie. Mówię całkowicie poważnie.
-Ja bez problemu to załatwię. W końcu jestem Synem Boga Złodziei
-Więc, jutro przy śniadaniu chce widzieć i słyszeć jak czterej Satyrowie narzekają, że coś im magicznie w nocy zginęło.
-Jednym z obrabowanych ma być Klerence. Drugi niech by był Moraeldes. - Powiedziała Ina. A Sensil dodał.
-Trzeci Tymnus. A czwarty Xin. - Widziałem na twarzach czwórki przegranych szok i niedowierzanie.
-Wy tak zawsze? W sensie gracie, że przegrani robią coś dla wygranych?
-Tylko raz w tygodniu. W każdy piątek. Żeby komuś zepsuć weekend. - Roonie wzruszyła ramionami.
-Może zagramy w kosza?
-Ale bez kar? - Spytałem.
-Mówiłam raz w tygodniu. Wybieramy sobie jakąś grę, że to podczas niej jest walka na kare.
-To mogę zagrać. Ale ... ja nie potrafię.
-Spoko nauczymy cię. - Powiedział Kris. - Tym razem biorę cię do mojej drużyny, razem z bliźniaczkami.

Nie wiem jak to się stało, ale w kosza szło mi całkiem nieźle. Nie żebym się chwalił. Moja drużyna, a raczej Krisa, bo to on wybierał wygrała. Podziękowałem na mile spędzony czas i za grę i poszedłem się przejść na Pole Ćwiczebne.
-Octavian!
-Nico! Co cię tu sprowadza?
-A jak myślisz? Chciałbym trochę poćwiczyć. - Cały czas szedłem w jego kierunku, a zatrzymałem się dopiero kilka kroków przed nim.
-Spoko. Chodź. - Powiedział i pobiegł do pobliskiego murowanego domku, a ja za nim. Gdy wszedłem za nim stał przy mieczach. - Wybierzemy ci miecz do ćwiczeń. - Trochę to trwało ale w końcu dopasowaliśmy mniej więcej miecz do mnie. Chociaż i tak każdy był źle wyważony. - Dobrze, potrzeba ci jeszcze pancerza. Wybierz sobie jakiś. - Wskazał na inne półki. Wybrałem brązowo-srebrny, a chłopak pomógł mi go założyć i zapiąć. Octavian pokazał mi podstawy. Stoczył ze mną kilka pojedynków. Przez dwie godziny nabrałem trochę wprawy z obsługą miecza jak to ujął. Pół godziny przed kolacją zarządził koniec ćwiczeń, więc poszedłem do łazienek i wziąłem szybki prysznic, by nie zniesmaczyć innym posiłku zapachem mojego potu. Jeszcze tego brakuje żeby zaczęli mnie wyzywać od śmierdziela. Wróciłem później szybko do domku, zmieniłem ciuchy i udałem się na Patio. Kolejny raz prosiłem Bogów by powiedzieli mi od kogo jestem. W końcu mnie wysłuchają. Prawda?

Kolacja minęła w miłej i zabawnej atmosferze. Każdy opowiadał co robił przez cały dzień, co mu się przytrafiło. Suzen mnie polubiła. Mówiła że jestem słodki i uroczy. Ugh ... Ja?? Nie, wcale taki nie jestem. Ale nie dała sobie przemówić. Ogólnie jest spoko dziewczyną, ma piętnaście lat. W Osadzie mieszka od siedmiu lat. Trafiła tu razem z Octavianem, który ma szesnaście lat, Z Nilsem, który jest synem Hekate, ma czternaście lat, oraz z Kateriną córką Hefajstosa ma piętnaście lat wraz ze swoim wtedy trzyletnim bratem Tobym, który teraz ma lat dziesięć ale zdziwienie wszystkich było wielkie gdy okazało się że są rodzeństwem przyrodnim, mają wspólną matkę, jego ojcem jest Ares. Ale pomimo tego że pochodzą z dwóch różnych domków utrzymują ze sobą kontakt i często odwiedzają mamę. Gdy spytałem Suzen jak tu trafiła była podekscytowana tym że może opowiedzieć tę historię kolejny raz, z każdym nawet najdrobniejszym szczegółem. Opowiadała wszystko. Od momentu kiedy była z rodzicami na spacerze i zauważyła potwora jej mama również go widziała, ojciec niestety nie, gdyż nie miał żadnego połączenia z Bogiem. No coś w ten deseń nie pamiętam jak ona to ujęła. Matka kazała jej uciekać. Powiedziała jej gdzie znajdzie bezpieczne miejsce. Przez trzy dni błąkało się po ulicach kilku miast, jechała metrem, autobusem, pociągiem. W jednym z miast natknęła się na Octaviana walczącego z jakimś wyrośniętym wężem, było ciemno, po ulicach już nikt nie chodził. Ona niewiele myśląc podniosła z ziemi metalową rurą i wbiła w tego węża który zamienił się w proch. Przez kolejny dzień razem podróżowali. Później natrafili na Katerinę z Tobym, uciekała przed trzema Minotaur'ami, rzucili się jej na pomoc, mieli przy sobie scyzoryki i noże kuchenne, które ukradli komuś z domu. w końcu udało im się pokonać tę trójkę potworów i razem ruszyli dalej, ale nie zdążyli daleko odejść gdyż podbiegł do nich Nils i mówił że myślał że oszalał bo nikt nie chciał mu wierzyć w to co widział, że uciekał przed dwoma potworami ale potrąciła je ciężarówka i obróciły się w proch, a teraz widział jak oni walczyli z tymi stworami. I razem w piątek udali się w dalszą drogę. Byli już blisko i bezpiecznie dotarli do Osady, aczkolwiek byli strasznie zmęczeni. Gdy mówiła w jej zielonych oczach błyszczały małe iskierki. Jej łagodne rysy twarzy, z pewnością odziedziczone po mamie, zmieniały się podczas jej opowieści, jej twarz wyrażała wszystko, strach, przerażenie, szczęście, ekscytacje. A jej rudo-brązowe włosy falowały przy każdym ruchu głowy.

-Nico słuchaj musisz przyjść na dzisiejsze ognisko. Jest organizowane specjalnie dla ciebie. Dołączyłeś do nas. Cały i zdrowy.
-Spoko przyjdę na pewno.
-To widzimy się za niecałe półtorej godzinki. - Suzen posłała mi uśmiech i pobiegła gdzieś z Nelly.

Ognisko specjalnie dla mnie? To chyba najmilsza rzecz jaka mnie spotkała w całym moim krótkim jak na razie życiu.

-Ej Nico słuchasz mnie?! - Ricky szturchnął mnie w ramie.
-Przepraszam zamyśliłem się. O co chodzi?
-Tak nam to się zdarza często. Niestety, taki jest minus bycia Herosem, masz ADHD i odpływasz myślami daleko. Cóż słuchaj widziałem że grałeś dziś z Dorianem, bliźniaczkami McWes, Krisem i tam jeszcze paroma osobami. Uważaj na nich. To są typu osób których wolałbyś nie spotkać. Z nimi jest dużo problemów. Mówi się że to dzieci Hermesa są złodziejami. Ale oni są znacznie gorsi od nas. Co tydzień coś komuś ginie, właśnie przez nich. Wszyscy wiedzą że to oni, ale nie zostali złapani na gorącym uczynku więc nic nie można zdziałać. Słuchaj chciałbym żebyś się z nimi nie zadawał. Gdy trafia nowa osoba do Osady zawsze się z nią starają zakumplować, a potem wykorzystują tą osobę. Rozumiesz?
-Nie bardzo.
-Martwię się o ciebie młody.
-Martwisz o mnie? - Spytałem słabym głosem.
-Tak.Martwię się o ciebie. Jesteś dla mnie jak młodszy brat. Pomimo tego że znamy się jakieś dwadzieścia cztery godziny. Polubiłem cię i nie chcę żeby stała ci się jakaś krzywda. Omijaj ich bracie. - Poklepał mnie po ramieniu i wszedł do swojego pokoju.

On martwi się o mnie? Ktoś się o mnie martwi? Bracie? Jestem dla niego młodszym bratem? Serio w końcu czuję się dobrze w jakimś miejscu. Tu jest mój dom. Tu jest moja rodzina. Tu jest moje miejsce. Jestem szczęśliwy.

Z wielkim uśmiechem na ustach wszedłem do swojego pokoju. Przed dwudziestą udałem się na plac gdzie co wieczór odbywa się ognisko. Dzieciaki od Apolla właśnie zaczynały śpiewać i grać. Powoli wszyscy się schodzili. Driady chodziły z tacami z przekąskami i napojami. Wziąłem szklankę z sokiem pomarańczowym i usiadłem na jednym z wielu obalonym pniu drzewa, który robi za ławkę. Siedziałem i obserwowałem wszystko dookoła. Dzieciaki młodsze jaki i te starsze w blasku ognia wyglądali cudownie. Jakby nie z tego świata. Zastanawiam się czy ja też tak wyglądam. Ogień raz rósł na wysokość pięciu metrów, a raz przygasał do dwóch metrów wysokości, by za chwilę znów wbić się w górę.
-Ognisko jest zaczarowane.
-Co?
-Ognisko jest zaczarowane. Im bardzie jesteśmy radośni tym jest wyższe. A ten blask wokół każdego z nas. - Wskazał na osoby przed nami oraz na nas. Spojrzałem na swoje ręce i brzuch i nogi. Świeciły się blaskiem. Całe moje ciało, całe ciało Octaviana i innych. - Tacy jesteśmy na prawdę. Mamy Boskie korzenie, więc część Boskości którą otrzymaliśmy od naszego rodzica wypełnia nas. Bogowie mają aurę o wiele bardziej jasną niż tą co mamy my. Ale my również ją mamy, bo jesteśmy ich dziećmi. W nocy przy ogniu widać to najlepiej. Ale jakbyś przyjrzał się sobie w dzień też byś ujrzał tę Boskość która bije od ciebie. Śmiertelnicy nie widzą tej aury, chyba że im na to pozwolisz.
-Octavian, powiedz mi kogo warto znać? - Zaśmiał się lekko.
-Chodź poznam cię z paroma osobami. - Wstaliśmy i podeszliśmy do grupy osób. - Cześć. Poznajcie Nico. To jest Olivia córka Tyche, Zent syn Artemidy, Boby syn Ateny, Jet syn Nemezis, Sonia i Suna córki Nyks.
-Cześć. - Uśmiechnąłem się blado.
-Cześć młody. - I tu zaczęła się seria powitań. Mili są, to trzeba przyznać. Po dwudziestu minutach przyjemnej rozmowy, Octavian zaprowadził mnie do innej grupki.

-Dalia, Melanie, Diego, Kenny dzieci Hadesa. Karter, Neji, Loren dzieci Posejdona. Ashton, Perrie, Jesica i Niss dzieci Zeusa. - Z nimi również spędziliśmy miło czas. Po półgodzinnej rozmowie, w końcu odeszliśmy od nich. Octavian poznał mnie jeszcze osobiście z wszystkimi Drużynowymi Domków. I wtedy głos zabrał Dyrektor.

-Dzisiejsze ognisko jest poświęcone Dominicowi Sully'emu. - Driady zaczęły wszystkim rozdawać kielich z szampanem. Ja również dostałem. - Z pomocą Ricky'ego dotarł bezpiecznie, cały i zdrowy do naszej osady. Bogowie mu sprzyjają, niech Bogowie nad nim czuwają. Za Nico. - Powiedział i uniósł kielich w górę.
-Za Nico. - Powtórzyli wszyscy i przechylili swoje kielichy.
-Za ciebie Nico. - Powiedział Octavian i również się napił.

Octavian przedstawił mi jeszcze parę osób od Afrodyty, Hekate i Nike. Ognisko zakończyło się przed północą. Wróciłem do domku i poszedłem spać.

Rano obudził mnie mój budzik. Z szafki wziąłem moją nową szczoteczkę do zębów i pastę. Zapomniałem powiedzieć że przed obiadem wczoraj Octavian przyniósł mi przybory toaletowe, prawda? To teraz już wiecie. Poszedłem do toalety i umyłem zęby. Przebrałem się i wyszedłem na śniadanie. Złożyłem Hołd Bogom, Prosząc o to by mnie określono i wrzuciłem w ogień dwie grzanki, a sam zjadłem ich cztery. Po śniadaniu zaczepił mnie Kris i Sensil żebym z nimi poszedł.
-Nie chłopaki. Sorry, ale mam inne plany.
-No weź. Wczoraj się świetnie bawiliśmy ...
-Wczoraj, to było wczoraj.Dzisiaj jest dzisiaj. Wczoraj tu trafiłem to był mój początek tu, nic nie ogarniałem, nic nie wiedziałem. Na dzisiaj mam plany. Cześć. - Powiedziałem i pobiegłem w stronę Placu Ćwiczebnego, gdzie już powinien być Octavian.
-Cześć. - Powiedziałem z uśmiechem.
-Kolejny trening?
-Jasne. - Tak więc weszliśmy do zbrojowni ćwiczebnej, pomógł mi z założeniem pancerza i poszliśmy na plac ćwiczyć. Szło mi kiepsko. Dlatego postanowił że udamy się do Magazynu i wybierzemy dla mnie miecz. Po drodze spotkaliśmy Ricky'ego, który postanowił że pójdzie z nami.

-Tu jest Magazyn. Mamy tu różne bronie. Zobaczymy jaka pasuje do ciebie. Wybieraj. - Powiedział Octavian i otworzył jedne z wielu drzwi w Magazynie. Po prostu wow. Tyle broni w jednym miejscu, a każda taka piękna. Każda z nich tak wykuta że przyciąga wzrok każdego. Jakby woła, "Weź mnie!" "Wybierz mnie!" Przymierzałem wiele broni. Trudno było znaleźć miecz idealnie dla mnie wyważony. Ale w końcu udało nam się znaleźć osiem takich mieczy. Musiałem wybrać jeden.
Pierwszy był czarny ze srebrną rękojeścią, wzdłuż ostrza szedł napis "Ventus autem Umbra" to z łaciny "Cień wiatru".
Drugi był czarny z białą rękojeścią przypominającą ludzką kość, a wzdłuż ostrza wiły się białe smużki wychodzące z rękojeści w niektórych miejscach grubsze, w niektórych chudsze, kończyły się mniej więcej w połowie ostrza. Na klindze widniał napis "De vita et mors spectro" - "Widmo życia i śmierci"
Trzeci biało-srebrne ostrze ze złoto-czarną rękojeścią, na klindze był wyryty napis "Ulciscere de destination" co znaczy "Zemsta przeznaczenia"
Czwarty miecz ten był cały czarny, a srebrny napis na ostrzu głosił "Nox atra, sed interdum etiam albo" czyli "Noc jest czarna, ale bywa także biała"
Piąty czarno-fioletowa klinga osadzona w czarno-srebrnej rękojeści, na ostrzu był napis "Victoria non semper felicem esse capi. Alii rapiunt non semper est peccatum" co z łaciny oznacza "Zwycięstwo nie zawsze oznacza wygraną. A przegrana nie zawsze jest porażką"
Szósty połyskiwał bielą i czernią, na ostrzu był napis "Aliquando enim facit bonum umbra. A lucem profert mala" oznacza on "Bywa że cień przynosi dobro. A światło niesie zło"
Siódmy miał złoto-biało-niebieską rękojeść, ostrze było czarne z przebłyskiem fioletu a na nim napis "Quia id quod est a fortuna, est ex humanis" znaczy on "Bo to co dzieje się przez przypadek, jest wynikiem ludzkich pragnień"
Ósmy czarna rękojeść ze srebrno-białą klingą, napis na ostrzu głosił "Quod oderis, maxime indigemus" co znaczy "Tego czego nienawidzimy, pragniemy najbardziej"
Oczywiście wszystko z łaciny tłumaczyli mi chłopaki. Ech muszę się nauczyć jej.
Każdy z tych mieczy był wyjątkowy na swój własny sposób. I pomimo tego iż pragnął mieć każdy musiałem się zdecydować na jeden. Wybrałem siódmy. Miecz ten okazało się że może się zmieniać w biały pierścień z czarnym małym diamentem.
-Niezły wybór. Ale jesteś pewny że chcesz właśnie ten? Wiesz pierścień ... - Mówił Ricky.
-Mi to nie robi różnicy. Jest idealny dla mnie i tylko to się liczy.
-Jak chcesz Nico, tylko żebyś później nie płakał. - Powiedział Octavian.
-Uwierz mi nie będę.
-Przy okazji jak już jesteśmy w Magazynie, dopasujemy ci zbroję. - Tak więc otrzymałem swoją zbroję. Czarna, z dość grubego, solidnego i mocnego materiału, ale była lekka. Oraz zbroja treningowa którą posiada każdy mocna, brązowa skórzana, najpewniej z jakiegoś zwierzęcia. Powiedzieli że będę mógł wybrać sobie dodatkową broń dopiero za jakiś czas. I żebym się na razie nie przejmował. Mam dziesięć lat. Więc przede mną jeszcze sporo czasu. Wróciliśmy do naszego treningu. Nie powiem szło teraz lepiej.

Przez kolejne trzy dni mój dzień wyglądał tak samo. Pobudka, poranna toaleta, śniadanie, trening szermierki z Octavianem, obiad, trening łucznictwa i samoobrony z Rickym, kolacja, godzina na warsztatach z Loren która uczyła mnie Łaciny i Staro Greckiego.

Po tych trzech dniach Octavian przeniósł się ze mną na walki z hologramami. Szło mi całkiem dobrze. Octavian był ze mnie zadowolony. Moje zajęcia z Rickym skróciły się do Sztuki Przetrwania i Historii Olimpu. Bo pomimo tego że uczyłem się Mitologii na konkursy i tak wszystkiego nie wiedziałem. Znałem tylko tę małą część prawdy która jest opowiadana od wielu tysięcy lat. Ricky uczył mnie tych nowości o Olimpie, Bogach, Herosach, Misjach na które wyruszamy i ogółem wszystkiego tego o czym Śmiertelnicy nie mają pojęcia. Przed kolacją miałem czas dla Loren dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na naukę Greki i Łaciny. I tak mój dzień wyglądał przez następne osiem dni.

Dzisiaj przy śniadaniu Korin ogłosił że po obiedzie odbędzie się Bitwa o Sztandar. Jest to taka zabawa Herosów w której wszyscy dzielimy się na dwie grupy. Musimy walczyć ze sobą, ale tak żeby nikogo nie zabić, ani trwale uszkodzić. Bitwa kończy się wtedy gdy jedna z dwóch drużyn zdobędzie Sztandar przeciwnika.
Tym razem skład drużyn przedstawiał się tak:
Nike, Hermes, Nyks, Apollo, Hades, Tyche Drużyna Niebieska.
Ares, Hestia, Nemezis, Atena, Hekate, Artemida Drużyna Biała.
Z tego względu że poprzednim razem Sztandar zdobył dzieciak Ateny to oni byli dowódcą swojej drużyny. Wybrali swój skład. A następnie skład drugiej drużyny wybrał Korin.
Pozostali czyli dzieciaki Hebe, Zeusa, Afrodyta, Posejdona, Hefajstosa, Iris, Dionizosa, Demeter spędzili ten dzień jak każdy inny, normalny dzień.

Mam tylko dziesięć lat a oni tu mnie na front dają. Czemu?! Tak więc wyszło na to że ja, Raul ma 16 lat, Leonia córka Nike ma 14 lat, Sangvini syn i drużynowy domku Nyks ma 15 lat, Funia córka Apolla ma 15 lat i Olivia córka Tyche ma 15 lat zostaliśmy przydzieleni do przejęcia Sztandaru wroga. Normalnie drużyna marzeń. Czujecie ten sarkazm? Nie wiem czemu, ale ten skład mi ni w kij pasował. Po prostu ... Nieważne.

Całe przedpołudnie przygotowywaliśmy z naszą drużyną plan oraz nasze wyposażenie własne. Dowodził nami Diego Martinez szesnastoletni syn Hadesa. Mówił prosto, zwięźle i na temat. Czyli walczyć, zakraść się, zabrać Sztandar, wygrać, nie dać się pokonać, ani zranić. Nie, przecież ja nic nie mówię. Ale mógłby coś bardziej powiedzieć. Jakaś gadka na zachętę? Zagrzanie do walki? Cokolwiek.

Tak więc po obiedzie zaczęły się przygotowania do rozpoczęcia zabawy. Kolacja była tylko dla tych którzy nie uczestniczą w grze. My będziemy świętować Wielką Ucztą przy ognisku. A co poniektórzy w klinice przy papce, jak to ktoś ujął, sam nie wiem kto. Za dużo tu osób. Założyłem moją zbroję, Octavian dał mi złotą tarczę dla obrony.
-Masz przyda ci się przy odbijaniu obrony przeciwnej drużyny, przy zdobywaniu Sztandaru.
-Dzięki. - Naprawdę miły i szczery gest.
-Jest twoja. Na własność. - Posłał mi uśmiech. - Taki prezent. Miłej pierwszej gry. Bitwa o Sztandar to nie lada wyzwanie. Pamiętam swoją pierwszą grę.
-I jak było?
-Przez trzy dniu leżałem w klinice. Ale warto było. Gdyby nie ja moja drużyna nie zdobyła by Sztandaru i byśmy przegrali. Ale to było dawno temu ponad siedem lat temu. Wtedy domek Hermesa pierwszy raz zdobył Sztandar od dwudziestu pięciu lat, co było równoczesne z tym że drużyna Niebieska wygrała po raz pierwszy od trzydziestu lat. Tak zawsze Biali wygrywają. Co prawda byłem już wtedy określony. Ale jeśli nieokreślony zdobędzie Sztandar to wygrana schodzi początkowo na domek Hermesa lub Hestii zależy w którym się znajduję. A gdy już zostaje określony i jest to inny domek Chwałę zabiera ze sobą do swojego domku. Wkładaj zbroję młody. Kto wie, może czeka cię lepsza pierwsza gra niż mnie. - Pomógł mi założyć zbroję, tarczę miałem w lewej dłoni, w prawej dzierżyłem miecz, do pasa miałem przywiązane cztery sztylety, oraz flakonik z Nirvaną wspomagający organizm, ma właściwości lecznicze, podobne do Ambrozji, ale Ambrozja ma znacznie słabsze działanie i Półbogowie mogą spożywać ją w małych dawkach. Natomiast Nirvana niema ograniczeń spożycia. Ale również nie należy jej spożywać w dużych ilościach, ale oczywiście można w większych niż Ambrozję. Zbyt duża ilość wypicia Nirvana może doprowadzić do halucynacji. Na szczęście Ambrozję i Nirvanę można łączyć, więc jeśli rany są ogromne, są podwójne szanse na wyleczenie i regeneracje ciała. Trzeci flakonik mam z Nektarem Boskim dodaje siły i energii. Oczywiście na Bogów Ambrozja i Nektar działają inaczej, bo dają one im nieśmiertelność. Ale na Półbogów i Półludzi działa inaczej jak już wyżej wyjaśniłem.

Nasza drużyna ustawiła się na jednym końcu Osady, a drużyna Białych na drugim końcu. W końcu głośno zabrzmiał róg co znaczyło że nasza gra się rozpoczęła. Najpierw ruszyły zwiady sześć grup po dwie osoby. Piętnaście minut później ruszyły główne oddziały. Następnie trzy grupy po pięć osób wycofały się do tyłu i na boki, gotowi na zasadzkę i będący wsparciem dla obrońców Sztandaru. Następnie przyszła nasza kolej. Bitwa trwa już dwadzieścia minut, więc najwyższy czas by drużyna która ma przechwycić, zdobyć Sztandar przeciwnika ruszyła. Tak więc skradaliśmy się. Przebiegliśmy przez jedno pole walki unikając niepotrzebnych bitw, by jak najszybciej dostać się do celu. Ale napatoczyliśmy się na ósemkę dzieciaków Aresa i czwórkę Nemezis. Gdyby nie moja tarcza padłbym trupem już chyba dwadzieścia razy. Ale tarcza również służyła mi do atakowania. Walczyłem mieczem i zadawałem potężne ciosy tarczą uderzając nią przeciwnika. Walka trwała dobre piętnaście, może nawet dwadzieścia minut. Było ciężko ich pokonać, ale w końcu nam się to udało i ruszyliśmy dalej. Tym razem zaatakowały nas dzieciaki Artemidy i Hestii, Było ich razem szesnastu.
-Ja i Funia zostaniemy! Idźcie dalej! - Krzyknął Raul. Więc zrobiliśmy jak chciał. Po drodze wpadliśmy na trzy zespoły zwiadowców, których pokonaliśmy.

A zapomniałem wspomnieć "Pokonani" czyli osoba którą moglibyśmy zabić, ale wiadomo że się tutaj nie zabijamy, a każdy wie w którym momencie by już zginął. Więc przysłowiowy "Trup" albo po prostu "Pokonany" Wracał na Patio bez słowa. Nie mógł się skontaktować ze swoją drużyną. Na Patio stał Korin wraz z dwoma Satyrami. I czekał na wynik gry.

Tak więc wracając do tego co dzieje się teraz. Właśnie walczę z synem Ateny, którego nie znam. I lada moment zostanę pokonany. Ale powiedziałem sobie "Zesram się a nie dam się" Za wszelką cenę doprowadzę moją drużynę do zwycięstwa, albo chociaż przybliżę ją do tego. I w końcu udało mi się pokonać mądralińskiego. Ciąłem go w rękę, odparowałem atak zasłaniając się tarczą i uskoczyłem w bok przykładając mu miecz do brzucha i powiedziałem
-Zabiłem cię. - Pokonałem go. Tak samo jak pozostałym również udało się pokonać jego pobratymców. Walczyliśmy jeden na jednego, pomimo tego że ich było więcej. Czekali aż jeden z ich ludzi zostanie pokonany i wtedy następny wchodził na jego miejsce, będąc mądrzejszym o nasze ruchy podczas walki. Więc wiedzieli jak nas mogą podejść. Co na nasze szczęście im się nie udało. Nowy pełny sił podchodził dumnie, a jego przeciwnik (którym byłem ja i moja grupa) wyczerpany poprzednią walką. Mieli za strategię wymęczyć nas pojedynczymi walkami. Ale w końcu wszystkie dzieciaki Ateny jakie się znajdowały w tej grupie udało nam się pokonać. Głupie Ateniątka. A powiadają że są najmądrzejsi. Czasem liczy się siła i umiejętność, a nie mądrość i strategia. Wcale bym nie powiedział że są mądrzy, po tym co widziałem. Cała piętnastka dzieciaków Ateny została pokonana. Walka z nimi zajęła nam jakieś czterdzieści-pięćdziesiąt minut.

Po przejściu trzech może czterech kilometrów trafiliśmy na siódemkę dzieciaków Hekate. Są oni ostateczną obroną Sztandaru. Jak powiedział mi Sangvini. Pokonamy ich to za chwilę trafimy na Sztandar i jego obrońców. Więc wystarczy tylko pokonać siódemkę dzieci Bogini magii. Będzie ciężko. Na szczęście dołączyli do nas Funia, oraz córka Nyks i czworo dzieci Nike. Więc nasze szansę się zwiększyły.
-Zdobywcy na przód! My ich powstrzymamy! - Zawołała córka Nyks. O ile dobrze pamięta to nazywa się Sonia, Octavian przedstawił nas sobie na moim pierwszym ognisku. Tak więc czwórka dzieci Nike i jedno dziecko Nyks zajęli się siódemką dzieci Hekate wśród nich rozpoznałem Williama i Nilsa, z którymi rozmawiałem może ze trzy razy. No cóż, jestem zbyt zajęty treningami i nauką. Ale chyba czas to zmienić. Muszę pobyć z paroma osobami. Pogadać i w ogóle. Tak więc nasza piątka ruszyła dalej.
-Co z Raulem? - Spytałem.
-Pokonali go. Ja zdążyłam uciec. Wtedy wpadłam na nasz oddział trzeci pod dowództwem Sonii, bo Suna została pokonana. - Odparła mi Funia.
-To już niedaleko. - Powiedziała Leonia. - Zwolnijmy.
-Bądźcie ostrożni i uważajcie. - Dodał Sangvini. Po przejściu dwóch kilometrów trafiliśmy nad strumyk.
-Widzę Sztandar. - Powiedziała Olivia.
-Złączmy siły. - Powiedziała Leonia i wyciągnęła ręce do Olivii, ta złapała ją za dłonie i obie mocno się ścisnęły zaczęły mówić coś po Staro Grecku, co znaczyło:
-Przypadek, Szczęście i Zwycięstwo po jednej stronie stoją. Wspomóż nas. Każ odejść wrogowi. Wykurz go z kryjówki. Daj szansę nam wygrać. Niech wróg się boi, a sojusznik nie lęka. Daj nam siłę, szczęście. - W tej chwili Sangvini oplótł swoją prawą dłonią ich złączone razem dłonie, a drugą uniósł w górę i razem z nimi powiedział. - Niech noc nam sprzyja. Zwycięstwo, Przypadek i Noc.
Niebo nagle pociemniało. Usłyszeliśmy zamieszanie przed nami co znaczy że wykurzyliśmy naszego wroga z kryjówki. Funia miała łuk i posłała strzały prosto w naszych przeciwników. Do każdej strzały była przyklejona karteczka "Gdybym chciała już byś nie żył. Zostałeś Pokonany" Więc czy trafiony chciał czy nie chciał musiał usunąć się w cień od walki. Wracając pospiesznie na Patio. Nie powiem obronę mieli wielką. Ale my byliśmy dobrze ukryci w mroku drzew. Gdy Funia pozbyła się połowy przeciwników skończyły jej się strzały więc czas wkroczyć do akcji z mieczami. Rzuciliśmy się na nich. Noc wciąż dawała nam przewagę. Ale i tak w końcu nas zauważyli. Zostało ich jedenastu a nas było pięciu. Pech chciał że to na mnie uparła się trójka, a na pozostałych dwójka. Ale w tym momencie jakby coś we mnie wstąpiło. Tarczą zdzieliłem Aresiątko w twarz, a synowi Nemezis podciąłem kolana, a córce Hestii zdzieliłem z rękojeści w nos. Zatoczyła się do tyłu i upadła na tyłek. W tym czasie syn Aresa również się pozbierał ale rozciąłem mu ramię i zdzieliłem drugi raz tarczą, zatoczył się i padł płasko na ziemie. Syn Nemezis już powstał i zamachnął się na mnie, ale ja wykonałem taki ruch że w kilka sekund znalazłem się za nim, a mój miecz na jego szyi.
-Jesteś już trupem. Wiesz stary? - Niebo na powrót przybrało swoją barwę.
-Nie wierze pokonał mnie dziesięciolatek. Lecę na Patio. - I pobiegł. Córka Hestii stała właśnie przede mną i zamachnęła się mieczem. Nawet nie zauważyłem kiedy się podniosła. Kucnąłem i zrobiłem obrót podcinając jej mieczem kolana, aż jej krew mnie trochę ochlapała, tak samo jak chwilę wcześniej uczyniłem to samo z synem Nemezis. Dziewczyna padła na kolana. Wykopałem jej miecz z rąk i szybkim ruchem przyłożyłem miecz do jej szyi.
-Nie żyjesz.
-Nie doceniłam cię dzieciaku. - Powiedziała i odeszła.
-Zabierz Aresiątko. - Powiedziałem jeszcze do niej. Zrobiła jak powiedziałem. W tym czasie pozostali kończyli swoje walki. Podbiegłem do Sztandaru i chwyciłem go.
-Brawo młody! - Krzyknęła Funia. - Biegniemy! Ochraniamy cię! - Zwróciła się z tym ostatnim bezpośrednio do mnie. Biegliśmy znowu lasem, w drogę powrotną. Oczywiście trafialiśmy na przeciwników. Wpadliśmy raz w większą grupę. Nie mogłem po prostu stać i się przyglądać wszystkiemu. Więc również zacząłem walczyć. Ryzykując utratą Sztandaru. Na szczęście nic takiego się nie stało. Po drodze dołączali do nas nasi ludzie. Gdy wbiegliśmy na Patio Korin zadął w róg kończąc grę. A moja drużyna uniosła do góry mnie. Po chwili także Sangvini, Funia, Leonia i Olivia byli razem ze mną niesieni na rękach w stronę ogniska. A wszyscy radośnie pokrzykiwali.
-Do-mi-nic! Do-mi-nic! Do-mi-nic! - Krzyczeli sylabizując moje imię. Gdy doszliśmy na plac postawili nas na stole, ja ciągle trzymałem Sztandar.
-Po czterech latach Niebiescy zdobyli Sztandar! A co lepsze uczynił to nowicjusz! - Krzyknął Korin.
-Oczywiście nie bez pomocy. - Wtrąciłem od razu. - Gdyby nie oni - wskazałem na czwórkę stojącą obok mnie - nie dokonałbym tego.
-Oto Zwycięzcy! - Krzyknął wskazując na naszą piątkę. Zeszliśmy ze stołu, bo reszta członków drużyny Niebieskiej jak i Białej dołączyli do nas. Korin podszedł do mnie z Wieńcem Laurowym. - Gratuluję Zwycięzcy. Na razie Domku Pierwszego. Jesteś Wielki Dominicu. - Powiedział i założył mi na głowę Wieniec. I zaczęliśmy świętować.

Ognisko było inne od poprzednich. Było ... Trudno to określić. Po prostu dzisiaj większość była w zbrojach z mieczami, tarczami, łukami. Niektórzy po ranieni słabiej, inni mocniej, niektórzy byli nieobecni, bo byli w Klinice. Tym razem ognisko trwało do drugiej. Nie miałem nawet ochoty iść pod prysznic, tak byłem zmęczony. Wyłączyłem mój budzik na rano. Nie będę miał sił wstać na śniadanie.