sobota, 7 lutego 2015

ROZDZIAŁ 4 POCZĄTEK MISJI

[NICO]


Gdy się obudziłem była dziesiąta, wziąłem moje ciuchy i poszedłem wziąć prysznic. Zdążyłem na dwie godziny szermierki. A później razem z resztą udałem się na obiad. A po nim znów zajęcia z Rickym, a następnie z zajęcia z Loren, kolacja, czas wolny które spędziłem w domku i ognisko oraz prysznic i spać. Taki sam harmonogram miałem na najbliższe sześć dni. Czas wolny spędzałem na Patio grając w różne gry i rozmawiając z innymi.

Ale tego ranka Korin ogłosił kolejną Bitwę o Sztandar. Tym razem domek Hermesa zwyciężył więc to my wybieraliśmy skład swojej drużyny razem z nami w drużynie Niebieskiej będą dzieci Nyks, Nike, Hekate, Artemidy, Aresa.
A Korin wybrał drużynę przeciwną pod dowództwem Afrodyty w Białej drużynie były dzieciaki Hefajstosa, Nemezis, Iris, Posejdona, Apolla, Ateny.

Bitwa była równie zaciekła co ostatnio. W grupie Zdobywców Sztandaru byłem ja, Sangvini 15 lat, Suna 18 lat od Nyks, Leonia od Nike 14 lat, Nils 14 lat od Hekate, Merida 16 lat od Artemidy, Merlock 15 lat od Aresa. Strategie mieliśmy podobną do poprzedniej, tyle że tym razem Octavian palnął taką mowę zagrzewającą do walki że ... Nie pozostaje nam nic innego tylko wygrać. Nie będę dosłownie powtarzać co on powiedział. Ale było to coś w stylu "Nie dajcie się im wyruchać. Jak przegramy możemy czuć się zgwałceni. Wygrana jest nasza. Bądźmy czujni i ostrożni." To tak w wielkim skrócie co on powiedział.

A tak w wielkim skrócie, Bitwa była o wiele bardziej wyczerpująca niż ostatnio. Ale do Sztandaru dotarliśmy. No w pełnym składzie nie byliśmy. Byłem ja, Sangvini, Merida, Nils i Leonia. Obronę pokonaliśmy i dobyłem Sztandar w rękę i zaczęliśmy biec w stronę Patio. Pokonując niedobitków i zgarniając naszych którzy przetrwali w wielkim okrzyku szczęścia wybiegliśmy z lasu i pognaliśmy w stronę Patio. A Korin zadął w róg, kończąc grę.

A tak na marginesie mówiąc. Za każdym razem Sztandar znajduje się w innym miejscu. Ale obserwując przeciwników i ich zachowania łatwo można wywnioskować czy jest się blisko, czy daleko od Sztandaru. No ja jeszcze nie potrafię wyczytać tego. Ale moi kompani owszem.

Wraz z pozostałymi członkami mojej drużyny Zdobywców zostaliśmy na rękach przeniesieni na plac gdzie odbywać się będzie ognisko. Zostałem ukoronowany Laurem a kolejny Sztandar wylądował w moim pokoju w Domku Hermesa.

Bawiliśmy się w najlepsze dopóki Agnes Wilton drużynowy Domku Dwunastego nie wpadł w trans i uniósł się w powietrze owinęła go złota mgła i powiedział:

Nowicjusz w chwale będzie się pławił,
lecz długo w chwale cieszyć mu się nie przyjdzie.
Na misje czas wyruszyć daleką,
to jego pierwsza lecz nie ostatnia.
Wypłynąć im przyjdzie jak najdalej w morze,
by znaleźć to czego nikt nie może.
Wyruszą, odnajdą, wyruszą dalej.

Na misje wyruszy dziesięciu,

do wyspy dopłynie dziewięciu,
lecz w chwale powróci ośmiu.

Ogień i woda, noc i światło.

Szczęście rękę wyciągnie,
ty ją przygarniesz.

Zwycięstwo odniesie Hadesa dziecię.
Na siłę do grupy dołączyć ktoś by chciał,
lecz na nic nam jego pomoc się zda.
Dziecię Apolla z chęcią wyruszy.
Aresa syn niepewności pełen, pomoże.

Gdy skończył upadł na podłogę, a oczy wszystkich były skierowane na mnie.
-Ja nic nie zrobiłem!
-Wiemy to Dominicu. To była Przepowiednia. Dotyczyła ona ciebie. Więc chcąc nie chcąc musisz wyruszyć na misję, będziesz nią przewodził.
-Mam dowodzić misją? - Spytałem słabym głosem.
-Tak. I dodatkowo wybierzesz sobie skład drużyny. Opierając się o przepowiednie. Ktoś ją spisał? - Zwrócił się do tłumu.
-Ja! - Krzyknęła Funia i podbiegła z kartką na której była napisana przepowiednia. - Trzymaj Nico. Doszukuj się szczegółów. - Podała mi ją. - Analizuj. Na głos.
-No to tak jakby jestem teraz w chwale tak? Bo Zwyciężyłem. Ale długo to trwać nie może, bo musimy szybko wyruszyć. To moja pierwsza misja i nie ostatnia. No to pewnie wrócę cały. Wypłyniemy w morze, by znaleźć to czego nikt nie może. Znaleźć to czego nikt nie może. Chodzi o krainę Posejdona prawda? - Korin pokiwał głową. - Drużyna będzie liczyć dziesięć osób. A w chwale do Osady powróci tylko ośmiu.
-Czy to znaczy że dwie osoby zginą? - Spytał ktoś z tłumu. Korin chciał już coś powiedzieć, ale ja się odezwałem.
-Niekoniecznie. Mogą powrócić wcześniej z jakiegoś powodu. Lub później.
-Prawda.  - Powiedział Korin.
-Ogień i woda, noc i światło. Ktoś kto włada ogniem. Ktoś od Hefajstosa lub Hestii. Oczywistym jest też że wyruszyć musi ktoś od Posejdona. Dziecko Bogini Nocy. A światło to ... - Zamyśliłem się na chwilę. - Hekate. Dziecko Hekate jest w stanie przepędzić mrok, za pomocą magii. - Korin pokiwał głową z uznaniem. - Dziecko od Bogini Tyche. Ktoś od Hadesa. Apollo i Ares. Daje to dziewięć osób. Więc dziesiąta osoba to może być ktokolwiek.
-Dziwię się że tak dobrze rozgryzłeś tę Przepowiednię. Nowicjusz rzadko kiedy to potrafi. A więc wybieraj swoją drużynę.
-Harry Owen. - Syn Hefajstosa wstał i podszedł do mnie. Osobiście rozmawiałem z nim cztery razy. Ale wiele osób mówiło mi że jest świetnym mechanikiem i bardzo dobrze włada ogniem. Sam z resztą też widziałem. - Loren Elien. - Córka Posejdona wstała i podeszła do mnie. - Sangvini Lorenzo. - Syn Nyks podszedł do mnie. - Nils Solen. - Syn Hekate wstał z uśmiechem i podszedł do nas. - Olivia Huper. - Córka Tyche podeszła do nas. - Jorge Smith. - Syn Hadesa z wielkim uśmiechem podszedł do nas. - Funia Isello. - Uśmiechnęła się i wstała podchodząc do mnie. - Merlock Kiks. - Bez słowa podszedł.
-Zgłaszam się na dziesiątą! - Krzyknęła dziewczyna.
-Tylko nie Ateniątko. - Jęknął Merlock.
-Tylko nie Contanella Brigree. - Dopowiedziała Olivia.
-Nie. - Powiedziałem.
-Ale ja chcę!
-Nie.
-Płynę z wami!
-Nie chce cię w mojej drużynie.
-Nawet mnie nie znasz! - Oburzyła się. A ja wyrecytowałem.
-Na siłę do grupy dołączyć ktoś by chciał, lecz na nic nam jego pomoc się zda. Mowa o tobie. To pewne. Wybacz ale nie chce Ateniątka w swojej drużynie.
-To że jesteś Dowódcą tej misji nie robi z ciebie jakiegoś ...
-Dosyć! - Krzyknął Korin.
-Kto jest dziesiąty?
-Leonia Fell.
-A więc mamy naszą drużynę. Jutro po śniadaniu wyruszycie. A ty Dominicu przed śniadaniem zgłosisz się do mnie.

Ognisko zostało zakończone po paru minutach. Dostałem plecak od Octaviana i spakowałem do niego to co najpotrzebniejsze. Nie mogłem zasnąć w nocy. Postanowiłem się przejść. Byłem pogrążony w myślach gdy przechadzałem się spokojnie cichymi ścieżkami. Nogi same zaprowadziły mnie do Magazynu z bronią. I wtedy moje oczy padły na połyskujący czernią i złotem łuk, oraz dopasowany do niego kołczan i strzały, Na kołczanie był napis "Zawsze wracam do właściciela." Wziąłem łuk i kołczan do ręki i wtedy oba przedmioty rozbłysły bladym złotym blaskiem. Napis który jeszcze przed chwilą widniał na kołczanie zniknął. Na kilka krótkich chwil pojawił tam się napis "Własność Dominica Sully" ale po chwili już go nie było. Zabrałem więc to ze sobą i wróciłem do domku.Odłożyłem przy moim plecaku i położyłem do łóżka. Zasnąłem od razu.

Zanim poszedłem udałem się do Dyrektora tak jak mnie prosił. Palnął mi mowę i kazał wejść do Piwnicy w której znajduje się bardziej ścisła przepowiednia. A mianowicie Kobieta i Mężczyzna, a konkretniej dwa Trupy. Święte Trupy. Dały mi przepowiednie. Ukazały Przyszłość. To co się stanie jeśli zawiedziemy. Jeśli ja zawiodę. Tę którą dostaliśmy, była tylko ostrzeżeniem, że coś się zbliża i musimy zacząć działać. Teraz gdy mam już grupę wybraną czas dostać przepowiednie dla naszej grupy i naszej misji. Jakieś konkrety. Zdałem relacje Korinowi i pośpieszyłem na Patio. Nimfy właśnie nakryły stoły, więc szybko usiadłem na wolnym miejscu koło Suzen.
-Powodzenia życzę młody. Dacie radę. Wierzę w was. Będę się modlić do Bogów o wasze bezpieczeństwo i szczęśliwą podróż.
-Dziękuje.
-Wrócisz jako Zwycięzca. Okryjesz się wielką chwałą i Laurem.
-Lub wrócę przegrany  i okryje się hańbą, będą mnie wytykać. Może nawet wygnają z Osady.
-Nie bądź taki pesymista. Trzeba myśleć optymistycznie. Wtedy jest największe prawdopodobieństwo że nic złego się niestanie.
-Ale i tak zawsze się dzieje.
-To prawda. Ale nic aż zanadto strasznego. Uwierz mi.
-Wierze. - Powiedziałem a ona się do mnie uśmiechnęła. I oboje wraz z naszym rodzeństwem wstaliśmy od stołu by złożyć Hołd.

Znaczy chyba mogę mówić rodzeństwem skoro mieszkam razem z nimi, ale nie jestem jeszcze Określony? No nie?

Po śniadaniu od razu wyruszyliśmy. Musieliśmy dostać się na wybrzeże pięć godzin marszu stąd. Ale oczywiście pieszo nie będziemy podróżować, jeśli nie jest to konieczne. A po za tym spieszy nam się. Każdy z nas dostał dwie sakiewki, jedną z drachnami, a drugą z normalnymi pieniędzmi Śmiertelników. Znaczy Korin dał mi je wszystkie jak do niego poszedłem i miałem im je dać więc właśnie to robię. Dodatkowo dał mi jeszcze jedną sakwę i powiedział że jest ona na czarną godzinę i mam uważać.

Gdy wreszcie wyszliśmy z lasu zamówiliśmy dwie duże taksówki i ruszyliśmy Siedziałem w jednej razem z Sangvinim, Loren, Nilsem i Funią. Reszta siedziała w drugiej taksówce.
-To jaki jest plan? - Spytał Nils.
-A skąd mam wiedzieć mam tylko dziesięć lat i zero doświadczenia. Wiem na pewno że najpierw musimy dostać się do Posejdona. Czemu ja muszę przewodzić misją?
-Bo cię wybrano.
-Ale czemu mnie?
-Nie wiem naprawdę nie wiem. Ale to ty dowodzisz tą misją. Pójdziemy za tobą wszędzie. Choćby nie wiadomo co się działo. Będziemy cię chronić. - Powiedziała Loren. Czemu ja?! Nie mogę tego zrozumieć i nawet nie chcę. Ale cokolwiek Bogowie dla mnie zaplanowali to mówię iż już mi się to nie podoba.
-Słucham młody. Jesteśmy z tobą tak. To nasza misja. Całej naszej dziesiątki. Jesteśmy tu razem. Nie jesteś sam. Pamiętaj. I jeśli nie wiesz co robić, jak się zachować. Nie przejmuj się. Każdy z nas miał swoją pierwszą misję, pierwszy raz dowodził grupą. My ci pomożemy. Po to jesteśmy tu razem, by współpracować ze sobą i wspierać się.
-Dzięki Sangvini.
-Mów mi Vini.
-Dzięki Vini.
-To może skoro nie masz planu. To wymyślimy go razem, teraz?
-Dobry pomysł Nils. - Posłałem mu uśmiech. - Więc, na początku musimy się dostać do Królestwa Posejdona, jak mówiłem.
-Niema problemu. Z łatwością przejdziemy. Byłam u ojca już kilka razy.

-Ale przecież my nie umiemy oddychać pod wodą. Ty potrafisz to jasne. Ale my nie. - Powiedział Nils.
-Jestem córka Boga Mórz. Mogę panować nad wodą. Zapomniałeś? Stworzę bąble dzięki którym będziecie mogli przeżyć pod wodą.

Po ponad godzince byliśmy na miejscu i wysiadaliśmy z taksówki, mając opracowany plan. Szliśmy plażą, aż dotarliśmy do kamiennego klifu. Tutaj w wodzie znajdowało się pełno kamieni.
-Idziemy. - Powiedziała Loren wskakując na pierwszy wystający z wody kamień, a później na kolejny i kolejny.
-Serio?
-Tak, Harry serio. Niema lepszego wejścia dla Półbogów do Krainy Posejdona. - Wszyscy poszliśmy w jej ślady. Szła wzdłuż klifu w głąb oceanu, a gdy doszła do jego końca skręciła w lewo. Więc my również szliśmy po kamieniach uważając by nie wpaść do wody wzdłuż klifu który mijaliśmy z lewej strony, gdy i ja skręciłem zauważyłem że jej nigdzie nie widzę.
-Loren?
-Tutaj. - Usłyszałem jej głos. Szedłem dalej wzdłuż klifu by po chwili na trafić na małą plażę.
-Wow.
-Pięknie prawda?
-Tak. Bajecznie.
-Mało kto wie, że takie miejsce tu istnieje. Dlatego ...
-Dlatego to jedno z najlepszych przejść, bo żaden Śmiertelnik nas tu nie zobaczy. - Dokończyłem za nią
-Dokładnie.

Gdy już wszyscy staliśmy w tej grocie, Loren weszła po kolana do wody i wezwała na pomoc swojego ojca.
-Ojcze, proszę pomóż nam się dostać do twojej Krainy. - Po chwili woda zabulgotała, a z niej wyłoniły się Hipokampy. Było ich dziesięć. Tyle ilu nas. Jeden z nich zarżał radośnie. - Witaj Iskro. - Pogłaskała go po głowie. - Wsiadajcie. - Powiedziała i sama wsiadła na Iskrę. My również wsiedliśmy na nie. Zaczęły się powoli zanurzać. - Nabierzcie powietrza. Jak tylko znajdziemy się pod wodą każdemu z was wytworze bąbel. - Jak powiedziała tak zrobiła. Po chwili mknęliśmy przez głębiny oceanu. Coraz niżej i coraz niżej. A widoki były niesamowite. Mijaliśmy przepiękne rafy koralowe, zwierzęta morskie okazywały szacunek dla córki Pana Mórz. Mijały nas, niektóre płynęły z nami jakiś kawałek. W końcu dopłynęliśmy do Podmorskiego Królestwa Posejdona. Hipokampy zatrzymały się na dnie, a my zeszliśmy z nich i ruszyliśmy za Loren. Wrota Pałacu się otworzyły a my przekroczyliśmy jego próg.
-Królestwo Posejdona. - Powiedział z zachwytem Vini.
-Jakby mi ktoś powiedział że kiedyś tu ... nie uwierzyłbym mu i wyśmiał go. - Powiedział Harry.
Loren zaprowadziła nas do Sali Tronowej.Gdy weszliśmy przyklękła na jedno kolano, pochyliła głowę i powiedziała.
-Witaj Ojcze.
My uczyniliśmy ten sam gest co ona. Ale odezwałem się tylko ja.
-Witaj Posejdonie. Podejrzewam że wiesz w jakiej sprawie przychodzimy.
-Witajcie. Wiem Dominicu. Powstańcie. - Zrobiliśmy jak chciał. - Siadajcie. - Wskazał na stół z krzesłami, które zdobiły rafy koralowe. Sam Posejdon zszedł ze swego Tronu i przybrał postać ludzkich rozmiarów. Zajął miejsce na szczycie stołu, a my usiedliśmy z obu jego stron. - Wszyscy na Olimpie wiedzą co się stało, Apollo miał wizję, ostrzegł mnie ale było za późno. Złodziej zdążył uciec. Nie mogę opuścić swojego Królestwa. Pozostali Bogowie również nie mogą opuścić swoich Posiadłości i zająć się tym. Dlatego potrzebujemy waszej pomocy. Przyjęliście Misję, więc czas byście dostali większe wskazówki. Mój Trójząb skradziono.
-Ojcze, co?
-Tak córko. Waszym zadaniem jest odnalezienie złodzieja, ukaranie go, odzyskanie mojego Trójzębu i przyniesienie mi go. Kto dowodzi tą misją?
-Ja. - Posejdon odwrócił się do mnie.
-Taki młodzik?
-Wszyscy byliśmy w szoku gdy Agnes wypowiedział przepowiednie na głos. Powiedział dokładnie "Nowicjusz w chwale będzie się pławił, lecz długo w chwale cieszyć mu się nie przyjdzie. Na misję czas wyruszyć daleką, to jego pierwsza lecz nie ostatnia." Graliśmy w Bitwę o Sztandar. On zwyciężył, był w chwale tak? Jest nowicjuszem. Po nim nikt jeszcze nowy nie doszedł. I to jest jego pierwsza misja. Ojcze nikt nie potrafi zrozumieć czemu on musi przewodzić nami na tej misji.
-W takim razie, jest coś w tobie co nam wszystkim pomoże. Od kogo jesteś?
-Nie wiem. Jeszcze mnie nie uznano. Jestem wciąż nieokreślony. - Powiedziałem ze smutkiem. - Powinieneś Panie to wiedzieć. Przy każdym posiłku proszę Was wszystkich byście mi powiedzieli kto jest moim Boskim Rodzicem. W domku Hermesa jestem już jedynym nieokreślonym. Nawet ta dwójka nieokreślonych u Hestii została już uznana. Jestem jedynym nieokreślonym w Osadzie Gamma.
-Rozumiem. Słyszeliście o Stworzeniach podobnych do ludzi, nazywają siebie Zurychami?
-Tak słyszałam. - Powiedziała Funia. - Oni ... - Posejdon podniósł dłoń by zamilkła.
-To dobrze. Więc jeden z nich zakradł się tutaj i skradł mi mój Trójząb. Teraz oni sterują wodami. Aczkolwiek ja jako Bóg Mórz również mam władzę nad nimi, ale mniejszą. Oczywiście będę starał się wam pomóc, jak tylko będę potrafił. Weźcie ze sobą Apolkiny. - Do Sali wbiegło sześć psów wysokich na jakieś osiemdziesiąt centymetrów. - Azor, Kolczek, Rafel, Figlak, Nurek i Polin. Wywęszą wszystko. Mój Trójząb, złodzieja i każdego wroga. Na czas waszej misji, na każdego z was zsyłam dar. - Powiedział i wyciągnął ręce na boki. Woda wokół nas zaczęła bulgotać. Nasze bąble znikły, z początku zaczęliśmy się krztusić ale po chwili przestałem, wszyscy przestaliśmy. Oddycham pod wodą.
-Dziękuję Panie. - Powiedziałem. Czułem że muszę ja się odezwać, przecież jestem swego rodzaju dowódcą. Posejdon posłał mi uśmiech.
-Loren wybierz jeden z okrętów i wypływajcie.
-Dobrze Ojcze. Żegnaj. - My również się grzecznie pożegnaliśmy i ruszyliśmy za Loren.
Wybrała jeden z okrętów który może pływać zarówno na wodzie jak i pod nią. Choć nie jest to typowy okręt podwodny. Wszyscy na niego weszliśmy. Loren objęła dowodzenie. Jako jedyna znała ten okręt.
-Trzymajcie się mocno. Wynurzamy się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz