[NICO]
Półtorej godziny później cieszyłem się wraz z moją drużyną wygraną. Wygraliśmy pierwszego seta. Drugiego seta wygrała drużyna Ellie. A trzeciego seta wygrała moja drużyna, dwoma punktami przewagi.
-Dobra wasza kara za przegraną to ... - Powiedziała i zamyśliła się Roonie. Po czym uśmiechnęła i dodała. - Wkradnie się do chatek Satyrów. Konkretniej do czterech różnych chatek. Każdy do innej. Sam. I wykradniecie cztery ciekawe rzeczy. I przyniesiecie je nam. O ile nie zostaniecie złapani. A jeśli was złapią, każdy z was odpracuje nasz przydział w zbrojowni. Albo wszyscy. Albo nikt. - Powiedziała z wrednym uśmiechem.
-Chyba żartujesz! - Krzyknęła córka Iris.
-Nie. Mówię całkowicie poważnie.
-Ja bez problemu to załatwię. W końcu jestem Synem Boga Złodziei
-Więc, jutro przy śniadaniu chce widzieć i słyszeć jak czterej Satyrowie narzekają, że coś im magicznie w nocy zginęło.
-Jednym z obrabowanych ma być Klerence. Drugi niech by był Moraeldes. - Powiedziała Ina. A Sensil dodał.
-Trzeci Tymnus. A czwarty Xin. - Widziałem na twarzach czwórki przegranych szok i niedowierzanie.
-Wy tak zawsze? W sensie gracie, że przegrani robią coś dla wygranych?
-Tylko raz w tygodniu. W każdy piątek. Żeby komuś zepsuć weekend. - Roonie wzruszyła ramionami.
-Może zagramy w kosza?
-Ale bez kar? - Spytałem.
-Mówiłam raz w tygodniu. Wybieramy sobie jakąś grę, że to podczas niej jest walka na kare.
-To mogę zagrać. Ale ... ja nie potrafię.
-Spoko nauczymy cię. - Powiedział Kris. - Tym razem biorę cię do mojej drużyny, razem z bliźniaczkami.
Nie wiem jak to się stało, ale w kosza szło mi całkiem nieźle. Nie żebym się chwalił. Moja drużyna, a raczej Krisa, bo to on wybierał wygrała. Podziękowałem na mile spędzony czas i za grę i poszedłem się przejść na Pole Ćwiczebne.
-Octavian!
-Nico! Co cię tu sprowadza?
-A jak myślisz? Chciałbym trochę poćwiczyć. - Cały czas szedłem w jego kierunku, a zatrzymałem się dopiero kilka kroków przed nim.
-Spoko. Chodź. - Powiedział i pobiegł do pobliskiego murowanego domku, a ja za nim. Gdy wszedłem za nim stał przy mieczach. - Wybierzemy ci miecz do ćwiczeń. - Trochę to trwało ale w końcu dopasowaliśmy mniej więcej miecz do mnie. Chociaż i tak każdy był źle wyważony. - Dobrze, potrzeba ci jeszcze pancerza. Wybierz sobie jakiś. - Wskazał na inne półki. Wybrałem brązowo-srebrny, a chłopak pomógł mi go założyć i zapiąć. Octavian pokazał mi podstawy. Stoczył ze mną kilka pojedynków. Przez dwie godziny nabrałem trochę wprawy z obsługą miecza jak to ujął. Pół godziny przed kolacją zarządził koniec ćwiczeń, więc poszedłem do łazienek i wziąłem szybki prysznic, by nie zniesmaczyć innym posiłku zapachem mojego potu. Jeszcze tego brakuje żeby zaczęli mnie wyzywać od śmierdziela. Wróciłem później szybko do domku, zmieniłem ciuchy i udałem się na Patio. Kolejny raz prosiłem Bogów by powiedzieli mi od kogo jestem. W końcu mnie wysłuchają. Prawda?
Kolacja minęła w miłej i zabawnej atmosferze. Każdy opowiadał co robił przez cały dzień, co mu się przytrafiło. Suzen mnie polubiła. Mówiła że jestem słodki i uroczy. Ugh ... Ja?? Nie, wcale taki nie jestem. Ale nie dała sobie przemówić. Ogólnie jest spoko dziewczyną, ma piętnaście lat. W Osadzie mieszka od siedmiu lat. Trafiła tu razem z Octavianem, który ma szesnaście lat, Z Nilsem, który jest synem Hekate, ma czternaście lat, oraz z Kateriną córką Hefajstosa ma piętnaście lat wraz ze swoim wtedy trzyletnim bratem Tobym, który teraz ma lat dziesięć ale zdziwienie wszystkich było wielkie gdy okazało się że są rodzeństwem przyrodnim, mają wspólną matkę, jego ojcem jest Ares. Ale pomimo tego że pochodzą z dwóch różnych domków utrzymują ze sobą kontakt i często odwiedzają mamę. Gdy spytałem Suzen jak tu trafiła była podekscytowana tym że może opowiedzieć tę historię kolejny raz, z każdym nawet najdrobniejszym szczegółem. Opowiadała wszystko. Od momentu kiedy była z rodzicami na spacerze i zauważyła potwora jej mama również go widziała, ojciec niestety nie, gdyż nie miał żadnego połączenia z Bogiem. No coś w ten deseń nie pamiętam jak ona to ujęła. Matka kazała jej uciekać. Powiedziała jej gdzie znajdzie bezpieczne miejsce. Przez trzy dni błąkało się po ulicach kilku miast, jechała metrem, autobusem, pociągiem. W jednym z miast natknęła się na Octaviana walczącego z jakimś wyrośniętym wężem, było ciemno, po ulicach już nikt nie chodził. Ona niewiele myśląc podniosła z ziemi metalową rurą i wbiła w tego węża który zamienił się w proch. Przez kolejny dzień razem podróżowali. Później natrafili na Katerinę z Tobym, uciekała przed trzema Minotaur'ami, rzucili się jej na pomoc, mieli przy sobie scyzoryki i noże kuchenne, które ukradli komuś z domu. w końcu udało im się pokonać tę trójkę potworów i razem ruszyli dalej, ale nie zdążyli daleko odejść gdyż podbiegł do nich Nils i mówił że myślał że oszalał bo nikt nie chciał mu wierzyć w to co widział, że uciekał przed dwoma potworami ale potrąciła je ciężarówka i obróciły się w proch, a teraz widział jak oni walczyli z tymi stworami. I razem w piątek udali się w dalszą drogę. Byli już blisko i bezpiecznie dotarli do Osady, aczkolwiek byli strasznie zmęczeni. Gdy mówiła w jej zielonych oczach błyszczały małe iskierki. Jej łagodne rysy twarzy, z pewnością odziedziczone po mamie, zmieniały się podczas jej opowieści, jej twarz wyrażała wszystko, strach, przerażenie, szczęście, ekscytacje. A jej rudo-brązowe włosy falowały przy każdym ruchu głowy.
-Nico słuchaj musisz przyjść na dzisiejsze ognisko. Jest organizowane specjalnie dla ciebie. Dołączyłeś do nas. Cały i zdrowy.
-Spoko przyjdę na pewno.
-To widzimy się za niecałe półtorej godzinki. - Suzen posłała mi uśmiech i pobiegła gdzieś z Nelly.
Ognisko specjalnie dla mnie? To chyba najmilsza rzecz jaka mnie spotkała w całym moim krótkim jak na razie życiu.
-Ej Nico słuchasz mnie?! - Ricky szturchnął mnie w ramie.
-Przepraszam zamyśliłem się. O co chodzi?
-Tak nam to się zdarza często. Niestety, taki jest minus bycia Herosem, masz ADHD i odpływasz myślami daleko. Cóż słuchaj widziałem że grałeś dziś z Dorianem, bliźniaczkami McWes, Krisem i tam jeszcze paroma osobami. Uważaj na nich. To są typu osób których wolałbyś nie spotkać. Z nimi jest dużo problemów. Mówi się że to dzieci Hermesa są złodziejami. Ale oni są znacznie gorsi od nas. Co tydzień coś komuś ginie, właśnie przez nich. Wszyscy wiedzą że to oni, ale nie zostali złapani na gorącym uczynku więc nic nie można zdziałać. Słuchaj chciałbym żebyś się z nimi nie zadawał. Gdy trafia nowa osoba do Osady zawsze się z nią starają zakumplować, a potem wykorzystują tą osobę. Rozumiesz?
-Nie bardzo.
-Martwię się o ciebie młody.
-Martwisz o mnie? - Spytałem słabym głosem.
-Tak.Martwię się o ciebie. Jesteś dla mnie jak młodszy brat. Pomimo tego że znamy się jakieś dwadzieścia cztery godziny. Polubiłem cię i nie chcę żeby stała ci się jakaś krzywda. Omijaj ich bracie. - Poklepał mnie po ramieniu i wszedł do swojego pokoju.
On martwi się o mnie? Ktoś się o mnie martwi? Bracie? Jestem dla niego młodszym bratem? Serio w końcu czuję się dobrze w jakimś miejscu. Tu jest mój dom. Tu jest moja rodzina. Tu jest moje miejsce. Jestem szczęśliwy.
Z wielkim uśmiechem na ustach wszedłem do swojego pokoju. Przed dwudziestą udałem się na plac gdzie co wieczór odbywa się ognisko. Dzieciaki od Apolla właśnie zaczynały śpiewać i grać. Powoli wszyscy się schodzili. Driady chodziły z tacami z przekąskami i napojami. Wziąłem szklankę z sokiem pomarańczowym i usiadłem na jednym z wielu obalonym pniu drzewa, który robi za ławkę. Siedziałem i obserwowałem wszystko dookoła. Dzieciaki młodsze jaki i te starsze w blasku ognia wyglądali cudownie. Jakby nie z tego świata. Zastanawiam się czy ja też tak wyglądam. Ogień raz rósł na wysokość pięciu metrów, a raz przygasał do dwóch metrów wysokości, by za chwilę znów wbić się w górę.
-Ognisko jest zaczarowane.
-Co?
-Ognisko jest zaczarowane. Im bardzie jesteśmy radośni tym jest wyższe. A ten blask wokół każdego z nas. - Wskazał na osoby przed nami oraz na nas. Spojrzałem na swoje ręce i brzuch i nogi. Świeciły się blaskiem. Całe moje ciało, całe ciało Octaviana i innych. - Tacy jesteśmy na prawdę. Mamy Boskie korzenie, więc część Boskości którą otrzymaliśmy od naszego rodzica wypełnia nas. Bogowie mają aurę o wiele bardziej jasną niż tą co mamy my. Ale my również ją mamy, bo jesteśmy ich dziećmi. W nocy przy ogniu widać to najlepiej. Ale jakbyś przyjrzał się sobie w dzień też byś ujrzał tę Boskość która bije od ciebie. Śmiertelnicy nie widzą tej aury, chyba że im na to pozwolisz.
-Octavian, powiedz mi kogo warto znać? - Zaśmiał się lekko.
-Chodź poznam cię z paroma osobami. - Wstaliśmy i podeszliśmy do grupy osób. - Cześć. Poznajcie Nico. To jest Olivia córka Tyche, Zent syn Artemidy, Boby syn Ateny, Jet syn Nemezis, Sonia i Suna córki Nyks.
-Cześć. - Uśmiechnąłem się blado.
-Cześć młody. - I tu zaczęła się seria powitań. Mili są, to trzeba przyznać. Po dwudziestu minutach przyjemnej rozmowy, Octavian zaprowadził mnie do innej grupki.
-Dalia, Melanie, Diego, Kenny dzieci Hadesa. Karter, Neji, Loren dzieci Posejdona. Ashton, Perrie, Jesica i Niss dzieci Zeusa. - Z nimi również spędziliśmy miło czas. Po półgodzinnej rozmowie, w końcu odeszliśmy od nich. Octavian poznał mnie jeszcze osobiście z wszystkimi Drużynowymi Domków. I wtedy głos zabrał Dyrektor.
-Dzisiejsze ognisko jest poświęcone Dominicowi Sully'emu. - Driady zaczęły wszystkim rozdawać kielich z szampanem. Ja również dostałem. - Z pomocą Ricky'ego dotarł bezpiecznie, cały i zdrowy do naszej osady. Bogowie mu sprzyjają, niech Bogowie nad nim czuwają. Za Nico. - Powiedział i uniósł kielich w górę.
-Za Nico. - Powtórzyli wszyscy i przechylili swoje kielichy.
-Za ciebie Nico. - Powiedział Octavian i również się napił.
Octavian przedstawił mi jeszcze parę osób od Afrodyty, Hekate i Nike. Ognisko zakończyło się przed północą. Wróciłem do domku i poszedłem spać.
Rano obudził mnie mój budzik. Z szafki wziąłem moją nową szczoteczkę do zębów i pastę. Zapomniałem powiedzieć że przed obiadem wczoraj Octavian przyniósł mi przybory toaletowe, prawda? To teraz już wiecie. Poszedłem do toalety i umyłem zęby. Przebrałem się i wyszedłem na śniadanie. Złożyłem Hołd Bogom, Prosząc o to by mnie określono i wrzuciłem w ogień dwie grzanki, a sam zjadłem ich cztery. Po śniadaniu zaczepił mnie Kris i Sensil żebym z nimi poszedł.
-Nie chłopaki. Sorry, ale mam inne plany.
-No weź. Wczoraj się świetnie bawiliśmy ...
-Wczoraj, to było wczoraj.Dzisiaj jest dzisiaj. Wczoraj tu trafiłem to był mój początek tu, nic nie ogarniałem, nic nie wiedziałem. Na dzisiaj mam plany. Cześć. - Powiedziałem i pobiegłem w stronę Placu Ćwiczebnego, gdzie już powinien być Octavian.
-Cześć. - Powiedziałem z uśmiechem.
-Kolejny trening?
-Jasne. - Tak więc weszliśmy do zbrojowni ćwiczebnej, pomógł mi z założeniem pancerza i poszliśmy na plac ćwiczyć. Szło mi kiepsko. Dlatego postanowił że udamy się do Magazynu i wybierzemy dla mnie miecz. Po drodze spotkaliśmy Ricky'ego, który postanowił że pójdzie z nami.
-Tu jest Magazyn. Mamy tu różne bronie. Zobaczymy jaka pasuje do ciebie. Wybieraj. - Powiedział Octavian i otworzył jedne z wielu drzwi w Magazynie. Po prostu wow. Tyle broni w jednym miejscu, a każda taka piękna. Każda z nich tak wykuta że przyciąga wzrok każdego. Jakby woła, "Weź mnie!" "Wybierz mnie!" Przymierzałem wiele broni. Trudno było znaleźć miecz idealnie dla mnie wyważony. Ale w końcu udało nam się znaleźć osiem takich mieczy. Musiałem wybrać jeden.
Pierwszy był czarny ze srebrną rękojeścią, wzdłuż ostrza szedł napis "Ventus autem Umbra" to z łaciny "Cień wiatru".
Drugi był czarny z białą rękojeścią przypominającą ludzką kość, a wzdłuż ostrza wiły się białe smużki wychodzące z rękojeści w niektórych miejscach grubsze, w niektórych chudsze, kończyły się mniej więcej w połowie ostrza. Na klindze widniał napis "De vita et mors spectro" - "Widmo życia i śmierci"
Trzeci biało-srebrne ostrze ze złoto-czarną rękojeścią, na klindze był wyryty napis "Ulciscere de destination" co znaczy "Zemsta przeznaczenia"
Czwarty miecz ten był cały czarny, a srebrny napis na ostrzu głosił "Nox atra, sed interdum etiam albo" czyli "Noc jest czarna, ale bywa także biała"
Piąty czarno-fioletowa klinga osadzona w czarno-srebrnej rękojeści, na ostrzu był napis "Victoria non semper felicem esse capi. Alii rapiunt non semper est peccatum" co z łaciny oznacza "Zwycięstwo nie zawsze oznacza wygraną. A przegrana nie zawsze jest porażką"
Szósty połyskiwał bielą i czernią, na ostrzu był napis "Aliquando enim facit bonum umbra. A lucem profert mala" oznacza on "Bywa że cień przynosi dobro. A światło niesie zło"
Siódmy miał złoto-biało-niebieską rękojeść, ostrze było czarne z przebłyskiem fioletu a na nim napis "Quia id quod est a fortuna, est ex humanis" znaczy on "Bo to co dzieje się przez przypadek, jest wynikiem ludzkich pragnień"
Ósmy czarna rękojeść ze srebrno-białą klingą, napis na ostrzu głosił "Quod oderis, maxime indigemus" co znaczy "Tego czego nienawidzimy, pragniemy najbardziej"
Oczywiście wszystko z łaciny tłumaczyli mi chłopaki. Ech muszę się nauczyć jej.
Każdy z tych mieczy był wyjątkowy na swój własny sposób. I pomimo tego iż pragnął mieć każdy musiałem się zdecydować na jeden. Wybrałem siódmy. Miecz ten okazało się że może się zmieniać w biały pierścień z czarnym małym diamentem.
-Niezły wybór. Ale jesteś pewny że chcesz właśnie ten? Wiesz pierścień ... - Mówił Ricky.
-Mi to nie robi różnicy. Jest idealny dla mnie i tylko to się liczy.
-Jak chcesz Nico, tylko żebyś później nie płakał. - Powiedział Octavian.
-Uwierz mi nie będę.
-Przy okazji jak już jesteśmy w Magazynie, dopasujemy ci zbroję. - Tak więc otrzymałem swoją zbroję. Czarna, z dość grubego, solidnego i mocnego materiału, ale była lekka. Oraz zbroja treningowa którą posiada każdy mocna, brązowa skórzana, najpewniej z jakiegoś zwierzęcia. Powiedzieli że będę mógł wybrać sobie dodatkową broń dopiero za jakiś czas. I żebym się na razie nie przejmował. Mam dziesięć lat. Więc przede mną jeszcze sporo czasu. Wróciliśmy do naszego treningu. Nie powiem szło teraz lepiej.
Przez kolejne trzy dni mój dzień wyglądał tak samo. Pobudka, poranna toaleta, śniadanie, trening szermierki z Octavianem, obiad, trening łucznictwa i samoobrony z Rickym, kolacja, godzina na warsztatach z Loren która uczyła mnie Łaciny i Staro Greckiego.
Po tych trzech dniach Octavian przeniósł się ze mną na walki z hologramami. Szło mi całkiem dobrze. Octavian był ze mnie zadowolony. Moje zajęcia z Rickym skróciły się do Sztuki Przetrwania i Historii Olimpu. Bo pomimo tego że uczyłem się Mitologii na konkursy i tak wszystkiego nie wiedziałem. Znałem tylko tę małą część prawdy która jest opowiadana od wielu tysięcy lat. Ricky uczył mnie tych nowości o Olimpie, Bogach, Herosach, Misjach na które wyruszamy i ogółem wszystkiego tego o czym Śmiertelnicy nie mają pojęcia. Przed kolacją miałem czas dla Loren dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na naukę Greki i Łaciny. I tak mój dzień wyglądał przez następne osiem dni.
Dzisiaj przy śniadaniu Korin ogłosił że po obiedzie odbędzie się Bitwa o Sztandar. Jest to taka zabawa Herosów w której wszyscy dzielimy się na dwie grupy. Musimy walczyć ze sobą, ale tak żeby nikogo nie zabić, ani trwale uszkodzić. Bitwa kończy się wtedy gdy jedna z dwóch drużyn zdobędzie Sztandar przeciwnika.
Tym razem skład drużyn przedstawiał się tak:
Nike, Hermes, Nyks, Apollo, Hades, Tyche Drużyna Niebieska.
Ares, Hestia, Nemezis, Atena, Hekate, Artemida Drużyna Biała.
Z tego względu że poprzednim razem Sztandar zdobył dzieciak Ateny to oni byli dowódcą swojej drużyny. Wybrali swój skład. A następnie skład drugiej drużyny wybrał Korin.
Pozostali czyli dzieciaki Hebe, Zeusa, Afrodyta, Posejdona, Hefajstosa, Iris, Dionizosa, Demeter spędzili ten dzień jak każdy inny, normalny dzień.
Mam tylko dziesięć lat a oni tu mnie na front dają. Czemu?! Tak więc wyszło na to że ja, Raul ma 16 lat, Leonia córka Nike ma 14 lat, Sangvini syn i drużynowy domku Nyks ma 15 lat, Funia córka Apolla ma 15 lat i Olivia córka Tyche ma 15 lat zostaliśmy przydzieleni do przejęcia Sztandaru wroga. Normalnie drużyna marzeń. Czujecie ten sarkazm? Nie wiem czemu, ale ten skład mi ni w kij pasował. Po prostu ... Nieważne.
Całe przedpołudnie przygotowywaliśmy z naszą drużyną plan oraz nasze wyposażenie własne. Dowodził nami Diego Martinez szesnastoletni syn Hadesa. Mówił prosto, zwięźle i na temat. Czyli walczyć, zakraść się, zabrać Sztandar, wygrać, nie dać się pokonać, ani zranić. Nie, przecież ja nic nie mówię. Ale mógłby coś bardziej powiedzieć. Jakaś gadka na zachętę? Zagrzanie do walki? Cokolwiek.
Tak więc po obiedzie zaczęły się przygotowania do rozpoczęcia zabawy. Kolacja była tylko dla tych którzy nie uczestniczą w grze. My będziemy świętować Wielką Ucztą przy ognisku. A co poniektórzy w klinice przy papce, jak to ktoś ujął, sam nie wiem kto. Za dużo tu osób. Założyłem moją zbroję, Octavian dał mi złotą tarczę dla obrony.
-Masz przyda ci się przy odbijaniu obrony przeciwnej drużyny, przy zdobywaniu Sztandaru.
-Dzięki. - Naprawdę miły i szczery gest.
-Jest twoja. Na własność. - Posłał mi uśmiech. - Taki prezent. Miłej pierwszej gry. Bitwa o Sztandar to nie lada wyzwanie. Pamiętam swoją pierwszą grę.
-I jak było?
-Przez trzy dniu leżałem w klinice. Ale warto było. Gdyby nie ja moja drużyna nie zdobyła by Sztandaru i byśmy przegrali. Ale to było dawno temu ponad siedem lat temu. Wtedy domek Hermesa pierwszy raz zdobył Sztandar od dwudziestu pięciu lat, co było równoczesne z tym że drużyna Niebieska wygrała po raz pierwszy od trzydziestu lat. Tak zawsze Biali wygrywają. Co prawda byłem już wtedy określony. Ale jeśli nieokreślony zdobędzie Sztandar to wygrana schodzi początkowo na domek Hermesa lub Hestii zależy w którym się znajduję. A gdy już zostaje określony i jest to inny domek Chwałę zabiera ze sobą do swojego domku. Wkładaj zbroję młody. Kto wie, może czeka cię lepsza pierwsza gra niż mnie. - Pomógł mi założyć zbroję, tarczę miałem w lewej dłoni, w prawej dzierżyłem miecz, do pasa miałem przywiązane cztery sztylety, oraz flakonik z Nirvaną wspomagający organizm, ma właściwości lecznicze, podobne do Ambrozji, ale Ambrozja ma znacznie słabsze działanie i Półbogowie mogą spożywać ją w małych dawkach. Natomiast Nirvana niema ograniczeń spożycia. Ale również nie należy jej spożywać w dużych ilościach, ale oczywiście można w większych niż Ambrozję. Zbyt duża ilość wypicia Nirvana może doprowadzić do halucynacji. Na szczęście Ambrozję i Nirvanę można łączyć, więc jeśli rany są ogromne, są podwójne szanse na wyleczenie i regeneracje ciała. Trzeci flakonik mam z Nektarem Boskim dodaje siły i energii. Oczywiście na Bogów Ambrozja i Nektar działają inaczej, bo dają one im nieśmiertelność. Ale na Półbogów i Półludzi działa inaczej jak już wyżej wyjaśniłem.
Nasza drużyna ustawiła się na jednym końcu Osady, a drużyna Białych na drugim końcu. W końcu głośno zabrzmiał róg co znaczyło że nasza gra się rozpoczęła. Najpierw ruszyły zwiady sześć grup po dwie osoby. Piętnaście minut później ruszyły główne oddziały. Następnie trzy grupy po pięć osób wycofały się do tyłu i na boki, gotowi na zasadzkę i będący wsparciem dla obrońców Sztandaru. Następnie przyszła nasza kolej. Bitwa trwa już dwadzieścia minut, więc najwyższy czas by drużyna która ma przechwycić, zdobyć Sztandar przeciwnika ruszyła. Tak więc skradaliśmy się. Przebiegliśmy przez jedno pole walki unikając niepotrzebnych bitw, by jak najszybciej dostać się do celu. Ale napatoczyliśmy się na ósemkę dzieciaków Aresa i czwórkę Nemezis. Gdyby nie moja tarcza padłbym trupem już chyba dwadzieścia razy. Ale tarcza również służyła mi do atakowania. Walczyłem mieczem i zadawałem potężne ciosy tarczą uderzając nią przeciwnika. Walka trwała dobre piętnaście, może nawet dwadzieścia minut. Było ciężko ich pokonać, ale w końcu nam się to udało i ruszyliśmy dalej. Tym razem zaatakowały nas dzieciaki Artemidy i Hestii, Było ich razem szesnastu.
-Ja i Funia zostaniemy! Idźcie dalej! - Krzyknął Raul. Więc zrobiliśmy jak chciał. Po drodze wpadliśmy na trzy zespoły zwiadowców, których pokonaliśmy.
A zapomniałem wspomnieć "Pokonani" czyli osoba którą moglibyśmy zabić, ale wiadomo że się tutaj nie zabijamy, a każdy wie w którym momencie by już zginął. Więc przysłowiowy "Trup" albo po prostu "Pokonany" Wracał na Patio bez słowa. Nie mógł się skontaktować ze swoją drużyną. Na Patio stał Korin wraz z dwoma Satyrami. I czekał na wynik gry.
Tak więc wracając do tego co dzieje się teraz. Właśnie walczę z synem Ateny, którego nie znam. I lada moment zostanę pokonany. Ale powiedziałem sobie "Zesram się a nie dam się" Za wszelką cenę doprowadzę moją drużynę do zwycięstwa, albo chociaż przybliżę ją do tego. I w końcu udało mi się pokonać mądralińskiego. Ciąłem go w rękę, odparowałem atak zasłaniając się tarczą i uskoczyłem w bok przykładając mu miecz do brzucha i powiedziałem
-Zabiłem cię. - Pokonałem go. Tak samo jak pozostałym również udało się pokonać jego pobratymców. Walczyliśmy jeden na jednego, pomimo tego że ich było więcej. Czekali aż jeden z ich ludzi zostanie pokonany i wtedy następny wchodził na jego miejsce, będąc mądrzejszym o nasze ruchy podczas walki. Więc wiedzieli jak nas mogą podejść. Co na nasze szczęście im się nie udało. Nowy pełny sił podchodził dumnie, a jego przeciwnik (którym byłem ja i moja grupa) wyczerpany poprzednią walką. Mieli za strategię wymęczyć nas pojedynczymi walkami. Ale w końcu wszystkie dzieciaki Ateny jakie się znajdowały w tej grupie udało nam się pokonać. Głupie Ateniątka. A powiadają że są najmądrzejsi. Czasem liczy się siła i umiejętność, a nie mądrość i strategia. Wcale bym nie powiedział że są mądrzy, po tym co widziałem. Cała piętnastka dzieciaków Ateny została pokonana. Walka z nimi zajęła nam jakieś czterdzieści-pięćdziesiąt minut.
Po przejściu trzech może czterech kilometrów trafiliśmy na siódemkę dzieciaków Hekate. Są oni ostateczną obroną Sztandaru. Jak powiedział mi Sangvini. Pokonamy ich to za chwilę trafimy na Sztandar i jego obrońców. Więc wystarczy tylko pokonać siódemkę dzieci Bogini magii. Będzie ciężko. Na szczęście dołączyli do nas Funia, oraz córka Nyks i czworo dzieci Nike. Więc nasze szansę się zwiększyły.
-Zdobywcy na przód! My ich powstrzymamy! - Zawołała córka Nyks. O ile dobrze pamięta to nazywa się Sonia, Octavian przedstawił nas sobie na moim pierwszym ognisku. Tak więc czwórka dzieci Nike i jedno dziecko Nyks zajęli się siódemką dzieci Hekate wśród nich rozpoznałem Williama i Nilsa, z którymi rozmawiałem może ze trzy razy. No cóż, jestem zbyt zajęty treningami i nauką. Ale chyba czas to zmienić. Muszę pobyć z paroma osobami. Pogadać i w ogóle. Tak więc nasza piątka ruszyła dalej.
-Co z Raulem? - Spytałem.
-Pokonali go. Ja zdążyłam uciec. Wtedy wpadłam na nasz oddział trzeci pod dowództwem Sonii, bo Suna została pokonana. - Odparła mi Funia.
-To już niedaleko. - Powiedziała Leonia. - Zwolnijmy.
-Bądźcie ostrożni i uważajcie. - Dodał Sangvini. Po przejściu dwóch kilometrów trafiliśmy nad strumyk.
-Widzę Sztandar. - Powiedziała Olivia.
-Złączmy siły. - Powiedziała Leonia i wyciągnęła ręce do Olivii, ta złapała ją za dłonie i obie mocno się ścisnęły zaczęły mówić coś po Staro Grecku, co znaczyło:
-Przypadek, Szczęście i Zwycięstwo po jednej stronie stoją. Wspomóż nas. Każ odejść wrogowi. Wykurz go z kryjówki. Daj szansę nam wygrać. Niech wróg się boi, a sojusznik nie lęka. Daj nam siłę, szczęście. - W tej chwili Sangvini oplótł swoją prawą dłonią ich złączone razem dłonie, a drugą uniósł w górę i razem z nimi powiedział. - Niech noc nam sprzyja. Zwycięstwo, Przypadek i Noc.
Niebo nagle pociemniało. Usłyszeliśmy zamieszanie przed nami co znaczy że wykurzyliśmy naszego wroga z kryjówki. Funia miała łuk i posłała strzały prosto w naszych przeciwników. Do każdej strzały była przyklejona karteczka "Gdybym chciała już byś nie żył. Zostałeś Pokonany" Więc czy trafiony chciał czy nie chciał musiał usunąć się w cień od walki. Wracając pospiesznie na Patio. Nie powiem obronę mieli wielką. Ale my byliśmy dobrze ukryci w mroku drzew. Gdy Funia pozbyła się połowy przeciwników skończyły jej się strzały więc czas wkroczyć do akcji z mieczami. Rzuciliśmy się na nich. Noc wciąż dawała nam przewagę. Ale i tak w końcu nas zauważyli. Zostało ich jedenastu a nas było pięciu. Pech chciał że to na mnie uparła się trójka, a na pozostałych dwójka. Ale w tym momencie jakby coś we mnie wstąpiło. Tarczą zdzieliłem Aresiątko w twarz, a synowi Nemezis podciąłem kolana, a córce Hestii zdzieliłem z rękojeści w nos. Zatoczyła się do tyłu i upadła na tyłek. W tym czasie syn Aresa również się pozbierał ale rozciąłem mu ramię i zdzieliłem drugi raz tarczą, zatoczył się i padł płasko na ziemie. Syn Nemezis już powstał i zamachnął się na mnie, ale ja wykonałem taki ruch że w kilka sekund znalazłem się za nim, a mój miecz na jego szyi.
-Jesteś już trupem. Wiesz stary? - Niebo na powrót przybrało swoją barwę.
-Nie wierze pokonał mnie dziesięciolatek. Lecę na Patio. - I pobiegł. Córka Hestii stała właśnie przede mną i zamachnęła się mieczem. Nawet nie zauważyłem kiedy się podniosła. Kucnąłem i zrobiłem obrót podcinając jej mieczem kolana, aż jej krew mnie trochę ochlapała, tak samo jak chwilę wcześniej uczyniłem to samo z synem Nemezis. Dziewczyna padła na kolana. Wykopałem jej miecz z rąk i szybkim ruchem przyłożyłem miecz do jej szyi.
-Nie żyjesz.
-Nie doceniłam cię dzieciaku. - Powiedziała i odeszła.
-Zabierz Aresiątko. - Powiedziałem jeszcze do niej. Zrobiła jak powiedziałem. W tym czasie pozostali kończyli swoje walki. Podbiegłem do Sztandaru i chwyciłem go.
-Brawo młody! - Krzyknęła Funia. - Biegniemy! Ochraniamy cię! - Zwróciła się z tym ostatnim bezpośrednio do mnie. Biegliśmy znowu lasem, w drogę powrotną. Oczywiście trafialiśmy na przeciwników. Wpadliśmy raz w większą grupę. Nie mogłem po prostu stać i się przyglądać wszystkiemu. Więc również zacząłem walczyć. Ryzykując utratą Sztandaru. Na szczęście nic takiego się nie stało. Po drodze dołączali do nas nasi ludzie. Gdy wbiegliśmy na Patio Korin zadął w róg kończąc grę. A moja drużyna uniosła do góry mnie. Po chwili także Sangvini, Funia, Leonia i Olivia byli razem ze mną niesieni na rękach w stronę ogniska. A wszyscy radośnie pokrzykiwali.
-Do-mi-nic! Do-mi-nic! Do-mi-nic! - Krzyczeli sylabizując moje imię. Gdy doszliśmy na plac postawili nas na stole, ja ciągle trzymałem Sztandar.
-Po czterech latach Niebiescy zdobyli Sztandar! A co lepsze uczynił to nowicjusz! - Krzyknął Korin.
-Oczywiście nie bez pomocy. - Wtrąciłem od razu. - Gdyby nie oni - wskazałem na czwórkę stojącą obok mnie - nie dokonałbym tego.
-Oto Zwycięzcy! - Krzyknął wskazując na naszą piątkę. Zeszliśmy ze stołu, bo reszta członków drużyny Niebieskiej jak i Białej dołączyli do nas. Korin podszedł do mnie z Wieńcem Laurowym. - Gratuluję Zwycięzcy. Na razie Domku Pierwszego. Jesteś Wielki Dominicu. - Powiedział i założył mi na głowę Wieniec. I zaczęliśmy świętować.
Ognisko było inne od poprzednich. Było ... Trudno to określić. Po prostu dzisiaj większość była w zbrojach z mieczami, tarczami, łukami. Niektórzy po ranieni słabiej, inni mocniej, niektórzy byli nieobecni, bo byli w Klinice. Tym razem ognisko trwało do drugiej. Nie miałem nawet ochoty iść pod prysznic, tak byłem zmęczony. Wyłączyłem mój budzik na rano. Nie będę miał sił wstać na śniadanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz