piątek, 6 marca 2015

ROZDZIAŁ 7 ODZYSKANIE

[NICO]


Gdy się obudziłem byłem cały obolały. Jęknąłem i powoli otworzyłem oczy.
-Obudziłeś się. Wreszcie. Hej! Obudził się. - Krzyknęła a po chwili wszyscy byli już przy mnie.
-Loren?
-Tak.
-Co się stało?
-Razem z Nilsem walczyliście z paro nastoma, a może i nawet więcej Karienami.
-Nils! - Podniosłem się nagle. - Co z nim?
-Spokojnie. Leż. Wszystko z nim w porządku. Ma się dobrze. Obudził się wczoraj. Ale ma problemy z mówieniem. Boli go gardło. Teraz śpi. Jest u siebie. Obaj musicie odpoczywać. - Powiedziała i z jej pomocą położyłem się z powrotem.
-Jak długo byłem nieprzytomny?
-Pięć dni.
-Nieźle nas załatwili. Nie dziwię się że Nils nie może mówić.
-Co się tam tak właściwie stało?
-Jak pewnie wiesz razem z Nilsem i Kolczkiem ... No własnie co z nim?
-Nie przeżył. Udało nam się go utrzymać trzy dni przy życiu. Ale był nieprzytomny i bardzo słaby.
-Szkoda. A chroniłem go jak tylko potrafiłem. Nils także. Wracając do tematu. Poszliśmy tam tym tajnym przejściem. Do większości pomieszczeń nie mogliśmy się dostać. Tam był istny labirynt. Trafiliśmy do laboratorium. Zauważyli nas. Wezwali pomoc i zaczęli z nami walczyć. Tę trójkę pokonaliśmy. Poszperaliśmy trochę. Zabraliśmy parę rzeczy, które wydawały nam się dziwne, podejrzane, przydatne. Jakieś dokumenty. A później ze wszystkich czterech wejść do laboratorium wpadli oni. Karieni. Ośmiu na wielkich pająkach, Ośmiu na wielkich skorpionach. I dwudziesty normalnie. Zabiliśmy sześć pająków i cztery skorpiony wraz z tymi którzy na nich siedzieli. Oraz zabiliśmy dziesięciu z mieczami i toporami. Zaczęliśmy się ewakuować. Wybiegliśmy stamtąd. Gonili nas. Strzelali. Drogę przecięła nam banda piętnastu Karienów. Musieliśmy znaleźć inną drogę. Kilku było szybkich i zwinnych. Dogonili nas, a nawet przegonili. Więc musieliśmy z nimi walczyć. Zabiliśmy ośmiu. Udało nam się znaleźć inną drogę. Mieliśmy sporą przewagę bo wysadziłem mury. Sufit się zawalił i kilku zgniótł. Zaczęliśmy się dobijać by nam otworzyli przejście. Jak tylko to zrobili wystrzeliliśmy stamtąd jak burza krzycząc by wszyscy uciekali. Oboje już tam w tym labiryncie mówiliśmy o tym. Że musimy zostać przynętą by was uratować. Widzieli tylko nas. Czuli tylko nasz zapach. Dlatego tak postąpiliśmy. Później uciekliśmy do lasu. Tam wpadliśmy na mały bo pięcioosobowy oddział. Pokonaliśmy ich szybko zabraliśmy ich bronie. Pobiegliśmy dalej bo już nas doganiali. Stoczyliśmy tam z nimi walkę. Pokonując połowę piechoty i tych dwóch na pająkach wraz z tymi bestiami. Wzywali kolejne posiłki. Zaczęliśmy znów uciekać. Gdy wiedzieliśmy że są daleko, a przebiegaliśmy obok jakiejś chatki wpadliśmy do niej. Na szczęście była pusta. Szybko ją przeszukaliśmy zabierając parę rzeczy. Napiliśmy się wody i zabraliśmy po dwa owoce jedzące je szybko w biegu dalej uciekając. Przebiegliśmy przez krzaki i spadliśmy z klifu do rzeki. Wyszliśmy na drugim brzegu. Oni byli daleko i wysoko. Wiedzieliśmy że trochę i zajmie zejście. Ale wiedzieliśmy również że po tej stronie też możemy spotkać innych. Zaczęliśmy dalej biec. Nils się potknął i sturlaliśmy się z górki. Wpadliśmy do chatki. Szybko wstałem bo jeden z nich był w środku. Ale szybko go pokonałem. Nils nie mógł nic powiedzieć, bolało go gardło. Uderzył się z całej siły krtanią w coś. I to kilka razy. Nie wiem jak to wyszło. Poobijani chwiejnym krokiem wyszliśmy z tego domku obijając się o meble. Znaleźliśmy most więc przebiegliśmy na drugą stronę. Biegliśmy lasem w stronę plaży. Przez chwilę mieliśmy spokój. Ale później wpadliśmy  na większą grupę Karienów. Stoczyliśmy tam krótką walkę pokonując paru. Może połowę. Nie wiem. I zaczęliśmy uciekać. Wybiegając z lasu zauważyliśmy że wy już odpływacie. Więc się szybko sprężyliśmy i zdążyliśmy. No a w między czasie mocno oberwaliśmy. Dajcie mi wody.
-Jasne już idę. - Powiedział Harry i wyszedł.
-Coś ciekawego się działo?
-Nie. Mieliśmy spokojny rejs. Karieni na szczęście nas nie gonili. - Powiedział Vini.
-To dobrze.
-Proszę. - Powiedział Harry wracając z butelką wody.
-Dzięki. - Wypiłem całą butelkę.
-A teraz odpoczywaj. - Powiedziała Leonia.
-Już dosyć się na odpoczywałem.
-Byłeś nieprzytomny. To inna sprawa. Człowieku ty zemdlałeś.
-Wiem co zrobiłem. Byłem słaby. Ale już mi lepiej.
-Nico posłuchaj się jej. Ona ma rację. Musisz odpoczywać. Masz ciężkie rany. Ostrza które was trafiały były zatrute. Jesteś osłabiony. W takim stanie na nic się nie zdasz. Dzięki temu że kilka grotów strzał tkwiło w waszych ciałach, bo jak teraz już wiemy strzały połamały się przy upadku, dzięki temu właśnie udało nam się przygotować odtrutkę. - Powiedziała Loren. - Sam Apollo do nas przyszedł by nam pomóc was wyleczyć.
-Nie jest zły że stracił przez nas córkę?
-Nie. Wierzy że jeszcze ją ujrzymy. Jest silna. Nie da się tak łatwo.
-Ale nie można od tak opuścić statku widmo.
-No niby tak. Ale Apollo wierzy że jeszcze ją ujrzymy. - Odpowiedział mi Jorge. - A teraz odpoczywaj. - Po tych słowach wszyscy opuścili moją kajutę. Przez dłuższy czas leżałem rozmyślając. Nawet nie wiem w którym momencie zasnąłem. Gdy się obudziłem było cicho. Jedyne co dało się usłyszeć w tej ciszy to lekki szum fal. Wyszedłem z kajuty i schodami  wyszedłem spod pokładu. Świat właśnie się budził po nocy, a ja poszedłem na dziób okrętu podziwiając wschód słońca.
-Tyle się wydarzyło odkąd dowiedziałem się że jestem herosem. A minęło ile? Osiemnaście dni. Jak tak wiele, może wydarzyć się w tak krótkim czasie? Czy to w ogóle możliwe? Słyszałem opowieści jak straszne rzeczy dzieją się na misjach. Można się spodziewać wszystkiego. Tym bardziej teraz. W dawnych czasach aż tak groźnie nie było. Ale tak jak mi opowiadali. Wiele obcych nacji, ras, stworów, czy jak ich tam zwał zamieszkało na ziemi. I walczą z nami, bo jesteśmy najsilniejszymi istotami tej planety. Chociaż słabszych też atakują. Śmiertelników. Wiele razy w wiadomościach mówili i pisali o tajemniczych zniknięciach, atakach. Nikt nie wie co to jest. Ale ja wiem. I wiedzą inni herosi. Ale to za mało. Nas jest zbyt mało byśmy mogli stawić im czoła. A dla nich i tak jesteśmy za słabi. Osiemnaście dni. Jak to szybko minęło. Ciekawe co się ciekawego dzieje w osadzie?
-Można do nich zadzwonić przy śniadaniu. - Odwróciłem się. W wejściu pod pokład stał Vini.
-Cześć Vini.
-Cześć Nico.
-Długo tu stoisz?
-Tylko chwilę. Usłyszałem ostatnie trzy zdania. To prawda. Jak szybko czas potrafi płynąć. Ale dzieje się tak tylko na początku, bo przystosowujesz się do nowego życia. Za jakiś czas wszystko będzie ci się dłużyło. Bo jak już pewnie słyszałeś życie herosa jest bardzo długie. Więc tak jak teraz wszystko wręcz ci umyka, tak za jakiś czas, za parę lat wszystko będzie ci się zdawało ciągnąć w nieskończoność.
-Obie opcje nie brzmią za dobrze. - Vini wzruszył ramionami i podszedł i stanął obok mnie opierając się o barierkę i zapatrzył się w wschodzące słońce. Po chwili nie odrywając wzroku od wschodu zaczął mówić.
-Takie już jest nasze życie. Dziwne, niespodziewane, owiane tajemnicą, grozą, niebezpieczne i pełne przygód, ciekawych a czasem bardzo tajemniczych a nawet mrocznych przygód. Ochrona Śmiertelników jest naszym zadaniem zleconym przez Bogów. To oni nas stworzyli i to im mamy służyć. A jako że oni są panami ludzi. A my jesteśmy potomkami obu stron. Bo jesteśmy Półbogami naszym zadaniem jest ochrona tego co jest ich dziełem. Tego bez czego ten świat przestanie istnieć. Ochrona Ludzi, Śmiertelników, którzy nie wiedzą jakie zło skrywa ta planeta.
-Tak. Najważniejsze to odzyskać Trójząb. Bo będący w niepowołanych rękach może wywołać wielkie szkody.
-To prawda. To jest teraz naszym priorytetem. - Powiedział i przez dłuższą chwilę oboje milczeliśmy.
-Nie powinieneś wstawać z łóżka. - Odwróciłem głowę, właśnie podchodziła do nas Leonia. Przewróciłem oczami.
-Nie będę cały czas leżał w łóżku. Mam już dość leżenia i spania. Czuje się świetnie. - Powiedziałem zgodnie z prawdą.
-Jeszcze wczoraj byłeś cały obolały.
-Ale dziś już nic mnie nie boli. Mówię serio. - Powiedziałem gdy spojrzała na mnie wzrokiem "Akurat. Bo uwierzę."
-Jest w tobie coś dziwnego. Już to wcześniej zauważyłem. Założę się że Nils także to zauważył.
-Co takiego? - Spytałem przenosząc wzrok z Leoni na Sngviniego.
-Nie mam pojęcia co dokładnie. Ale jest w tobie coś co nie daje mi spokoju. Masz w sobie wielką moc. Która może okazać się bardzo niebezpieczna i zarazem bardzo użyteczna. Naprawdę jestem bardzo ciekawy kim jest twój Boski Rodzic.
-Też jestem ciekaw. Czemu nie chce mi się ujawnić? Czemu nie da żadnego znaku?
-Może daje znaki tylko ty ich nie widzisz. Albo nie chcesz widzieć. - Powiedziała Leonia.
-Co ty wygadujesz? - Chciała coś powiedzieć ale w tym momencie spod pokładu wybiegł Jorge.
-Apolkiny mówią że Trójząb został przeniesiony. Stracili jego trop.
-A co z złodziejem? - Spytałem.
-Również zniknął.
-To co teraz robimy? - Spytała dziewczyna.
-Są dwa wyjścia. Albo zawracamy. Ale popłyniemy tam gdzie się cały czas kierowaliśmy. Czy Apolkiny potrafiły by wskazać nam miejsce w którym jeszcze przed chwilą był Trójząb i złodziej?
-Tak bylibyśmy w stanie. - W mojej głowie odezwał się Azor.
-A wskażecie?
-Jasne. Będę kompasem Loren. - Powiedział z uśmiechem.
-Dziękuję. - Powiedziałem, a on zamerdał ogonem.
-Pójdę ją obudzić. - Powiedziała Leonia i po chwili zniknęła pod pokładem.
-A co z resztą? - Spytał Jorge.
-Niech śpią. Na razie nic się dzieje. Jeśli chcecie to też idźcie jeszcze spać.
-Ja zostanę z tobą. - Powiedział Vini.
-A ja pójdę się jeszcze kimnąć. - Powiedział Jorge i ziewnął.
-Chyba Azor wyrwał go ze snu.
-To akurat nie byłem ja. To był Figlak.
-Ma za dużo energii ten zwierz. - Powiedziałem i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. A Jorge zszedł pod pokład do siebie.

Po trzech dniach dopłynęliśmy na stały ląd gdzie przebywał Zurych wraz z Trójzębem. Właśnie dobijaliśmy do jednego z portów w Wielkiej Brytanii. Była noc więc nikt nas nie widział.
-Polin, Nurek i Azor wy zostańcie. Pilnujcie statku. Nikogo nie wpuszczajcie na pokład. - Powiedziałem i całą dziewiątką, raczej powinienem powiedzieć jedenastką bo były z nami dwa Apolkiny zeszliśmy na ląd. Szliśmy krętymi uliczkami miasta. Okazało się że w jednym ślepym zaułku jest tajne przejście Zurychów. Prowadziło głęboko pod ziemię. Schodziliśmy kolejnymi krętymi schodami mając w rękach pochodnie. I mam złe przeczucia. W końcu schody się skończyły a przed nami był wielki tunel a na jego końcu widać było światło. Nie mieliśmy innego wyjścia niż iść w tym kierunku. Gdy wyszliśmy z tunelu przed oczami stanęło nam podziemne miasto oświetlone licznymi pochodniami.
-Wooow - Powiedział Jorge i wielki uśmiech pojawił się na jego twarzy.
-Pamiętaj jesteśmy tu po to by odebrać to co skradziono i ukarać złodzieja.
-Tak jasne. - Powiedział rozglądając się po okolicy. Zdawało mi się jakby moje słowa w ogóle do niego nie dotarły.
-Figlak wiesz w którą stronę należy się kierować?
-Tak. Chodźcie za mną. Bądźcie ostrożni.
-Idziemy. - Powiedziałem i ruszyliśmy za Apolkinem.
Droga była długa. A Apolkiny przeprowadzały nas przez istny labirynt a nie miasto. Ale w końcu wskazały budynek w którym jest Trójząb.
-Doskonała robota. - Powiedziałem.
-Jest położony na jednym z wyższych pięter. Podejrzewam że albo na ostatnim lub przedostatnim.
-Dzięki. Wchodzimy. - Powiedziałem i najciszej jak potrafiliśmy weszliśmy do tego wielkiego budynku. Szliśmy pustym holem. Wychyliłem się za róg i od razu cofnąłem i przyległem do ściany. - Uwaga. - Szepnąłem. A wszyscy zrobili dokładnie to samo co ja przylegli do ścian udając że nas tu niema. Dwaj Zurychy przeszły nie zauważając nas. Po chwili gdy miałem pewność że już odeszli. Pobiegłem na schody a reszta za mną. Chcieliśmy wejść na przedostatnie piętro ale Apolkiny wyczuły że zbliża się co najmniej dziesięciu Zurychów więc weszliśmy piętro wyżej. I zaczęliśmy ostrożne poszukiwania. Sprawdziliśmy większość pomieszczeni ale nic nie znaleźliśmy. Właśnie staliśmy przed kolejnymi.
-Wyczuwam tam trzech Zurychów. W tym złodzieja. I Trójząb.
Zrobiliśmy szybką akcję. Weszliśmy do środka pokonaliśmy wroga. Upewniliśmy się że są martwi. Merlock powiedział że zabierze ze sobą głowę złodzieja. Nie mam pojęcia po jasną cholerę mu to. Ale Apolkiny wskazały mu właściwego trupa. Zabraliśmy Trójząb i wyszliśmy. Tak szybko jak weszliśmy do tego budynku, tak szybko z niego wyszliśmy. Schowaliśmy się między jakimiś budynkami gdzie było ciemno wszyscy chwyciliśmy się za ręce, a Apolkiny oczywiście za łapy złapaliśmy. A Jorge przeniósł nas cieniem do zaułka w którym było przejście pod ziemię,
-Nie możemy paradować po mieście z Trójzębem. - Powiedziałem.
-Daj mi to. - Powiedziała Lorem biorąc go do rąk. Wypowiedziała coś a Trójząb zmalał i wręczyła mi go z powrotem, a ja wrzuciłem go do torby.
-Dobra wracamy do portu. - Powiedziałem i zamieniłem mój miecz który trzymałem w ręku w pierścień.
-Wow! - Usłyszeliśmy dziewczęcy głos dobiegający od strony ulicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz